Historyczny Biuletyn Lotniczy, wrzesień 2001, Redakcja: Piotr Matwiej.
Relacja Pana Andrzeja Ammera
Dzień 1 września 1939 r. zastał mnie wraz z rodziną w podwarszawskiej miejscowości o nazwie "Choszczówka". Jest to miejsce oddalone o 12 km na północ od Warszawy przy linii kolejowej Warszawa - Legionowo.
Spędzałem tam wakacje. Miałem wówczas 11 lat i pomimo iż upłynęło od tego dnia 62 lata i czas zatarł niektóre wspomnienia, jednak to co widziałem i przeżyłem w pierwszym dniu wojny, utrwaliło się w mej pamięci prawie z dokładnością fotograficzną. Pamiętam takie szczegóły jak np. obracające się wolno koła podwozia samolotu P 11c przelatującego lotem koszącym tuż nad moją głową, brudny zaoliwiony spód kadłuba, refleksy świetlne odbite od okularów lotniczych pilota. Zdawałoby się nieprawdopodobne, żeby w tych ułamkach sekund, można utrwalić sobie w pamięci te wszystkie obrazy. A jednak ? Pamiętam również charakterystyczny głos silnika P 11 pracującego na wysokich obrotach. Głos niezapomniany, dziwnie brzmiący, dźwięczny i metaliczny, nieporównywalny do głosu innych silników jakie kiedykolwiek później słyszałem.
Mieszkałem w domu za którym rozciągały się pola wrzosowisk. Na tych polach w odległości 200m od domu w wykarczowanym miejscu znajdowały się boiska do gry w siatkówkę, otoczone wałami ziemnymi o wysokości 1 m które służyły jako trybuny dla młodzieży spędzającej wakacje.
Poranek l września był słoneczny i ciepły. Na błękitnym niebie nie było jeszcze cumulusów . W powietrzu panowała cisza i nic nie zapowiadało tragedii, która rozegrała się o
godzinie 9:00 , na oczach wielu osób. Usłyszeliśmy zbliżający się hałas pracujących
silników lotniczych. Wybiegłem z domu i spojrzałem w górę. Na tle nieba, na wysokości 500-600 m (nie potrafię tego dokładnie określić) przemieszczały się w różnych konfiguracjach sylwetki samolotów. Oceniam, że mogło ich być około 20. Nad walczącymi samolotami pojawiła się druga grupa samolotów, lecąca w szyku, która nie brała początkowo udziału w walce. W pierwszej chwili nie mogłem odróżnić samolotów polskich od niemieckich, ponieważ wszystkie były górnopłatami. Dopiero gdy pułap walczących maszyn obniżył się, można było rozpoznać czarne krzyże na skrzydłach i kadłubach oraz stwierdzić, że były to samoloty, które posiadały dwuosobowe załogi. Obecnie wiem, że był to HS-126. Na tle niebieskiego nieba, widać było bardzo dokładnie białe smugi pocisków i słychać było grzechot karabinów maszynowych. Smugi te układały się różnie. Gdy samolot leciał po linii prostej - smugi były jak kreski i w pewnej odległości zanikały, natomiast, gdy leciały po łuku, smugi pocisków układały się wachlarzowato. Widok niezapomniany. Nikt z obserwujących walkę, nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Przecież pociski wystrzelone z karabinów maszynowych pod różnymi kątami, gdzieś na dole kończyły swój bieg. W pewnym momencie, samoloty polskie które prawdopodobnie osłaniały walczących kolegów, włączyły się do akcji. Momentalnie dotychczasowa walka grupowa przemieniła się w pojedynki indywidualne, które rozciągały się na dużej przestrzeni i utrudniały obserwację. Domy i drzewa zasłoniły walczących lub uciekających. Głosy silników oddalały się, ludzie zaczęli się rozchodzić. Nagle od strony pomocnej zobaczyliśmy 3 samoloty lecące bardzo nisko w naszym kierunku. Pierwszy leciał PZL - P11, a za nim po jego lewej i prawej stronie samoloty niemieckie. Wysokość nad ziemią nie była większa niż 20 m. Przeleciały z hukiem i gwizdem. Zdążyłem jednak zobaczyć czarne krzyże w białych obwódkach na szaro-niebieskim tle kadłubów i duże oszklone kabiny. P-11 przymierzała się do lądowania na wrzosowisku, ale z niemieckich maszyn trysnęły białe smugi pocisków. Zdawało się, że ten krzyżowy ogień przeszedł nad lądującym samolotem, lecz to było niestety złudzenie. Aby lepiej zobaczyć wdrapałem się na psią budę i stamtąd obserwowałem kołyszącą się na boki maszynę, która lądowała na nieszczęsne boiska otoczone wałami ziemnymi. Po usłyszeniu uderzenia maszyny o ziemię, podniecony, przerażony, wystraszony, schowałem się do psiej budy. (czas walki aż do zestrzelenia polskiego samolotu trwał nie dłużej jak 6 do 8 minut).
Po ochłonięciu i otrzymaniu zgody matczynej na wyprawę do zestrzelonej P11, błyskawicznie
byłem na miejscu. Tak jak przypuszczałem, samolot zawadził podwoziem o nasyp ostatniego boiska i leżał do
góry kołami. Śmigło nie było uszkodzone, jedynie kołpak i osłona silnika została częściowo
pognieciona. Prawa goleń podwozia zgięta. Zniszczona krawędź natarcia prawego skrzydła i
statecznik pionowy. Ślady przestrzelin były widoczne z obu stron kadłuba w okolicy kabiny
Na spodzie kadłuba w niewielkiej odległości od silnika, widniał duży okrągły otwór o
średnicy około l metra Usiłowałem wczołgać się do kabiny, ale nie pozwolono mnie,
ponieważ wszędzie czuć było zapach benzyny.
Z kabiny zwieszały się pasy a pod nią na rozsypanym szkle leżały jakieś drobne elementy.
Dowiedziałem się od ludzi o losie pilota : Otóż w chwili przed wypadkiem samolotu, drogą
przecinającą jego kierunek lądowania, jechał na rowerze listonosz. Widząc lecący niziutko
samolot zdążył uciec. Po chwili jednak powrócił, stwierdzając, że nic się nie pali. Wczołgał
się pod samolot, scyzorykiem przeciął pasy łączące pilota z maszyną i z trudem wyciągnął go
z kabiny. Pilot był ranny w okolice klatki piersiowej i zanim przybyli okoliczni mieszkańcy,
zmarł w ramionach listonosza.
Dowiedziałem się również, że pilot nie miał kombinezonu, lecz skórzaną sportową kurtkę i
szare spodnie. Ciało jego przeniesiono do pobliskiego domu, złożono na ganku i przykryto
pasiakiem łowickim. Tam go widziałem.Przy pilocie znaleziono dokumenty, zdjęcie rodziny, oraz pamiątkowy zegarek od prezydenta
Mościckiego.
Po południu na miejsce zdarzenia przyjechało wojsko. Samolot rozmontowano i załadowano
na samochody a zwłoki pilota zabrała sanitarka wojskowa. Żołnierze przeszukiwali teren
poszukując zbiornika paliwa, lecz za wyjątkiem kilku drobnych części nic więcej nie
znaleziono. Ja znalazłem i ukryłem przy sobie aluminiowy odlew niedużej pokrywki z
napisami w języku angielskim. Niestety, pamiątka ta zaginęła w zawierusze wojennej.
W latach sześćdziesiątych brałem udział w spotkaniu z płk. W. Królem, znanym
polskim pilotem wojskowym z lat 1939 - 1945 . Rozmawiałem z nim osobiście. Niemile
wspominam tę rozmowę, ponieważ mój rozmówca stwierdził kategorycznie, że do tego
spotkania dojść nie mogło, ponieważ zasięg myśliwców niemieckich, (szczególnie samolotów
Typu HS 126) przekraczał ich możliwości. Nie mogły więc l września dolecieć w okolice
Warszawy. "Nic dodać - nic ująć", jak to mówią Polacy.
Od tego czasu minęły lata. Przeglądają literaturę lotniczą, poszukiwałem jakiejś wzmianki na
temat tego zestrzelenia.
Dopiero w 1989 r. wydana została "Księga Lotników Polskich 1939 - 1945" z której
fragment pozwolę sobie zacytować. Na str. 140 tej książki, znalazłem to czego szukałem kilka lat.
Cytuję: Olszewski Mieczysław Leonard kpt. pil. ur. 12.VIII 1906 r. dowodził eskadrą
myśliwską, która została włączona do Brygady Pościgowej. 01.09.1939 r. wystartował na
samolocie PZL P7a prowadząc swoją eskadrę z zadaniem osłaniania walczących poniżej PZL
P11c. W decydującej fazie walki samolot jego został zestrzelony i rozbił się na polach
Choszczówki. Pilot zginął. Pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, grób nr
44, rząd 2, kwatera B - 25. Pośmiertnie odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Koniec cytatu.
Taka sobie lakoniczna krótka wzmianka...
Po przeczytaniu tego fragmentu książki, dowiedziałem się, że zestrzelony samolot to PZL
P7a, nie PZL P11c.
Teraz możemy przypuszczać, że kpt. Olszewski, był już ranny próbując lądować, zanim
zaatakowały go niemieckie samoloty. Po prostu go dobiły. Zdążył jednak wyłączyć iskrownik, pozbyć się zbiornika z paliwem, znaleźć miejsce do lądowania w terenie jakby nie było - zabudowanym.
W 1980 r. byłem w Choszczówce . Nie mogłem jednak zlokalizować miejsca katastrofy. Wszystko się tutaj zmieniło. Nie ma domów, które pamiętałem i ludzi, którzy tu mieszkali. Dowiedziałem się, że Choszczówka znalazła, się na samej linii frontu i przechodziła z rąk do rąk w roku 1944 gdy sowieci docierali do zniszczonej Warszawy,
Jaka szkoda, że me można upamiętnić miejsca śmierci kpt. Olszewskiego, skromnym pamiątkowym kamieniem. A może jednak ?
Andrzej Ammer