W "ARMEE DE L'AIR" - Arsen Cebrzyński
"Pamiętnik Bojowy Pilota Kościuszkowskiego"
W dniu 17.5.1940 r. otrzymałem rozkaz zameldowania się z kluczem w Dywizjonie Francuskim II/6 w Beauvars. Skład klucza - por. pil. Cebrzyński Arsen, kpr. pil. Szaposzni-kow Eugeniusz, kpr. pil. Brzozowski Michał. Beauvars osiągnęliśmy w dniu 18-go w południe. Wojskowy komisarz na dworcu nie mógł u udzielić żadnych wyjaśnień co do miejsca postoju "Group de Chasse II/6", chociaż w rozkazie wyjazdu wyraźnie było powiedziane, że właśnie on miał je dać. Wszędzie odczuwało się już panikę i dezorganizację.
Widziałem ciągle wojsko małymi grupami podążające na południe, nie widziałem nic co by szło na północ. W miasteczku nie ustający alarm, powietrze było ciągle 'nasycone' Niemcami. Chaos powiększały tłumy uchodźców z północnej Francji i Belgii, zapychali oni drogi, miasteczka i dworce. W tych warunkach ledwo udało mi się dotrzeć do miasta, gdzie zdobyłem samochód i wróciłem na najbliższe lotnisko. Szczęśliwym trafem nasza jednostka znajdowała się na nim, ale w trakcie przesunięcia na tyły, na lotnisko fabryczne Bloch'a, gdzie mają otrzymać nowy sprzęt bo Morany 406 zostały zniszczone w bombardowaniu. My musimy wracać koleją bo nie ma innego środka lokomocji. Odniosłem wrażenie, że to już koniec Francji. Na drogach pospiesznie budowano zapory przeciwczołgowe. Dziwiły mnie duże ilości wojska stojące przy drogach bez broni i biernie przyglądające się ciągnącym rozbitkom wojskowym i uchodźcom cywilnym. Na dworcu musiałem wyciągać z opresji jednego z moich podoficerów, którego "złapano jako paraszucistę". Francuski kapitan, który go złapał nie dał się przekonać. Musiałem zrobić awanturę i zagrozić użyciem broni - dopiero to poskutkowało . . .
Znaleźliśmy się na lotnisku w Chateauroux, gdzie nas przyjęto dość kwaśno. Spotkaliśmy tam patrol polski kpt. Pentza. Wiadomości ich nie były budujące. Klucz polski nie pracował jako całość, ze względu na trudności językowe. Piloci byli z tego powodu bardzo rozżaleni, gdyż jak sami się przyznali bali się latać z Francuzami, z powodu pozostawiania przez nich samym sobie pilotów, którzy związali się w walkę lub zapędzili za nieprzyjacielem. Postanowiłem za wszelką cenę utrzymać swój klucz w całości ... Na argumenty o pracy na radio odpowiedziałem lotem, którym udowodniłem, że mogę pracować na radio samodzielnie. Francuzi nie bardzo chcieli się z tym pogodzić, wydawało mi się, że nie mają do nas zaufania.
W międzyczasie kpt. Pentz odszedł do szpitala, a ja jako najstarszy objąłem dowództwo, nad wszystkimi pilotami polskimi. Uzupełnienie! w sprzęt szło bardzo powoli, ciągle wyłaziły jakieś braki i pomimo to, że mieliśmy fabrykę pod bokiem, braki te usuwano opornie. Zupełnie niepotrzebnie traciliśmy czas.
5.6.40. Patrol mój od godz. 13.00 znajdował się w alarmie. O godz. 13.30 startujemy na alarm. W czasie nabierania wysokości tracę swoich bocznych z klucza, bo ich maszyny ciągnęły gorzej. Naprowadzają nas przez radio, ale podają sprzeczne wiadomości o nieprzyjacielu. Na wysokości 5.000 m ... zauważyłem wyprawę bombową 'Heinkel 111', około 20 maszyn. Wybrałem jako cel skrajną, prawa, maszynę; zbliżyłem się na około 150 m i rozpocząłem ogień. Po pierwszej serii samolot natychmiast wyrzucił bomby. Po drugiej serii zapalił się prawy silnik, cześć załogi skakała. Dostawszy się tam w bardzo silny ogień skupiony przez inne samoloty musiałem przerwali atak i odeszłem w dół. Poniżej natknąłem na drugiego Heinkla, którego atakowałem wraz z por. Hennebergiem już do samej ziemi.
W międzyczasie moi dwaj boczni zaatakowali to samo zgrupowanie. Kpr. Brzozowski pilot młody i mniej doświadczony wykonał atak bardzo odważnie, ale niewłaściwie i został zestrzelony. Mając przewagę wysokości zaatakował środek ugrupowania i natrafił na zaporę ogniową prawie wszystkich maszyn. Pomimo j uszkodzenia silnika kontynuuje atak i umieszcza swą serię w jednej z maszyn, po czym ląduje przymusowo, bez podłamania maszyny.
Kpr. Szaposznikow, jako stary pilot, po wyrębaniu całej amunicji do jednego z Heinkli wyładował czym prędzej na lotnisku, wskoczył do drugiej, uzbrojonej maszyny i zanim zdumieni Francuzi mogli się zorientować o co chodzi był znowu w powietrzu i gonił na nowo za wrogiem Muszę podkreślić, że
po tym wystąpieniu stosunek Francuzów do nas zmienił się radykalnie. Stali się bardzo serdeczni i mowy już nie było o rozdziale nas pomiędzy kluczami francuskimi ....
6.6.40. Startuje ponownie, na alarm i na wysokości 8.000 m nad Bourges przeganiam 'Do 215' przeprowadzającego rozpoznanie. Nie mogę dojść na bliską odległość gdyż nie mam przewagi szybkości. Po obustronnej wymianie strzałów i wyczerpaniu się amunicji odrywam się, podając przez radio położenie Niemca. Tego samego dnia po południu przela-tujemy do Auglure, na północ od Romilly, które służy nam jako lotnisko frontowe. Natychmiast po przylocie przechodzimy do stanu alarmu. Wieczorem biorę udział w locie na osłonę bombardowania w rejonie Amiens. Poza ogniem OPL nic szczególnego do zanotowania nie ma. Wszędzie palą się lasy i miejscowości - prawie tak jak w Polsce.
7.6.1940. Wykonuje drugi lot bojowy w kluczu francuskim na osłonę własnych oddziałów w rejonie Compiegne-Noyon. Przewaga duża nasza - około 80 maszyn ugrupowanych w górę. Będąc prawoskrzydłowym w kluczu 'przewodzącego' atakuję pierwszy sekcję 'Do 215', które natychmiast wyrzuciły bomby i na pełnym gazie wyrwały. Wynik ataku dokładnie nie znany, Francuzi przyjęli jeden samolot jako prawdopodobnie zestrzelony.
9.6.1940. Drugi dzień z rzędu loty na osłonę przed bombardowaniem. W obu wypadkach silny ogień artylerii przeciwlotn.
10.6.1940. W dzisiejszym locie na osłonę muszę podkreślić zachowanie się kpr. Brzozowskiego, który wystartował na maszynie odrzuconej przez Francuzów jako nie nadającej się do walki. Rzeczywiście wyciek oleju uniemożliwiał dobrą obserwację i celowanie - wystartował tylko dlatego, żeby - jak się wyraził - 'Pan porucznik nie był sam w powietrzu'. Pozostawiam to bez komentarzy - każdy pilot potrafi to ocenić.
Między 11-tym i 14-tym wykonujemy kilka lotów i zmieniamy trzykrotnie lotnisko. 15-go lot na wymiatanie w rejonie Troyes-Estissac. Francuzi przepuszczają bez atakowania He 126, którego atakujemy całym kluczem na wysokości około 4.000 m. Samolot zestrzelony i doprowadzony do samej ziemi. W zasadzie w tym dniu skończyliśmy realną pracę frontową. Następnego dnia przenieśliśmy się na 'front włoski' do Avignon, gdzie kilkakrotnie wisieliśmy w powietrzu jednak bez spotkania z 'makaroniarzami'. Dnia 21 czerwca pojechaliśmy do Toulouse'y, gdzie otrzymaliśmy siedem 'Devoisin-521 - cieszyliśmy się bardzo, że nareszcie będziemy mogli walczyć na dobrych maszynach. Nie mieliśmy wówczas żadnych kontaktów z dowództwem polskim, ani nie znaliśmy dokładnie sytuacji. Francuzi bardzo skromnie udzielali nam informacji. Miałem jedynie ustne zapewnienie dowódcy dywizjonu, że w każdym wypadku zapewni nam możność wycofania się aby walczyć dalej. Przygnębienie wśród personelu lotnictwa francuskiego było bardzo duże. Pomimo lego przyrzeczenia, czując niepewną atmosferę przygotowałem ucieczkę do Anglii na Devoisin'ach, ale w nocy z 23 na 24 czerwca otrzymaliśmy rozkaz natychmiastowego odjazdu do Port Vandres w celu załadowania się na okręt.
Ogólnie mogę nadmienić, że ustosunkowanie się władz francuskich i kolegów, pomijając pierwszy okres nieporozumień, było wysoce życzliwe. Możemy śmiało powiedzieć, że byliśmy oczkiem w głowie Dowódcy Dyonu - mjra Foutanet, oraz całego sztabu. Praca personelu technicznego polskiego w porównaniu z francuskim była bardzo wydajna. Charakterystycznym zjawiskiem było to, że maszyny polskiego klucza prawie zawsze były gotowe do lotu, a to było ambicją naszych mechaników.