"Skrzydła", Franciszek Kornicki

1945

   Rok 1945 to był cholerny rok. Zaczęło się od niemieckiej ofensywy przez Ardeny - całkowite zaskoczenie. Niemieckie wojska pancerne pruły w kierunku Antwerpii, głównego portu zaopatrzenia aliantów. Natarcie poprzedziły naloty Luftwaffe na alianckie lotniska. Zła pogoda w Ardenach sprzyjała Niemcom. Byłem wtedy w Bredzie w HQ 84 Group Rear, 2nd Tactical Air Force na stażu jako oficer łącznikowy. Dowództwo "Rear" zajmowało się wyłącznie sprawami logistyki. Kpt. Rowiński - personalny, i ja - organizacyjny, pracowaliśmy i mieszkaliśmy w ciężarówce, która na postoju rozkładała się bo bokach na dwie sypialnie. Zakwateroani byliśmy jednak u Holendrów, bo pod płótnem w zimie trudno byłoby wytrzymać. W parę dni po rozpoczęciu ofensywy wialiśmy z Bredy na zachód, bo była możliwość, że Niemcy dojdą do Antwerpii i znajdziemy się w worku. Gdyby używali dotychczasowych środków komunikacyjnych zaszyfrowanych przez "Enigmę", alianci znaliby wszystkie detale operacyjne i byliby na tę ofensywę przygotowani. Feldmarszałek von Rundstedt nie wierzył jednak w niezawodność szyfru "Enigmy" i wszystkie rozkazy były wydawane na piśmie, na odprawach lub przez gońców, co przyczyniło się do zupełnego zaskoczenia. Wiadomość o ataku Luftwaffe l stycznia dostałem w trochę dziwny sposób. Było to w godzinach przedpołudniowych. Przed kasynem stała mała grupa oficerów angielskich. Jeden mówił, a reszta słuchała. Idąc w ich kierunku usłyszałem dwa słowa wypowiedziane dobitnie: "Bloody Poles". Byłem ciekaw, o co chodzi.
- Excuse me, I could not help overhearing. What were the bloody Poles up to?
- Didn't you hear?
- Hear what?
- Luftwaffe attacked all our airfields. I think only 131 Polish Wing was flying. Two of your squadrons caught them shooting up their airfield and brought down 16 for the loss of two of their own.
- Well, thank you! I must get there at once. Bloody Poles indeed!
Wyrażenie "bloody Poles" w ustach Anglika może mieć wiele znaczeń, zależnie od intonacji, natężenia głosu, szybkości wypowiedzi; można te dwa słowa wypluć albo wyśpiewać, i mogą one oznaczać oburzenie, pogardę, lekceważenie, zazdrość, sympatię, uznanie, podziw, etc. Tym razem "bloody Poles" oznaczało uznanie z domieszka zazdrości. To, co usłyszałem, można by wyrazić słowami: "Of all the bloody sąuadrons it would have to be the bloody Poles to put up such a bloody good show".
   W parę tygodni później premier Churchill zawiadomił parlament o umowie w Jałcie. Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba. Płk Mumler, Senior Polish Liaison Officer w HQ 84 Group Main (dowództwo operacyjne) bywał u mnie częstym gościem na pogaduszkach. Tym razem wpadł do nas jak burza, złapał mnie za guzik od munduru, oczy wytrzeszczył i powiada:
- No, to co teraz będzie? Co pan o tym myśli? Więc powiedziałem, co myślę: że to granda, że kupili współpracę Stalina za cenę Polski, że niech ich szlag trafił, że w czerwona niewolę nas wydali wbrew sojuszom, Karcie Atlantyckiej i ludzkim zasadom uczciwości i honoru. Jak to jest, że nasz rząd w Londynie nic o tym nie wiedział, że nikt z nich nie czuł smrodu? Po jaka cholerę myśmy się tu bili? Bić się dalej nie ma sensu, chyba tylko o sławę mołojecką, a zdobyliśmy jej chyba dosyć na parę pokoleń. Usiedliśmy.
- Taak. Dużo prawdy w tym, co pan powiedział. Ale jak Zachód dopilnuje warunków umowy, to może nie będzie tak źle, jak nam się teraz wydaje.
Pułkownik szukał nadziei tam, gdzie ja jej nie widziałem. Wiele późniejszych rozmów nie zmieniło naszego stanowiska. Czułem potrzebę jakiegoś głośnego aktu protestu. Do niczego jednak nigdzie nie doszło. Dyscyplina w wojsku była dobra i może słusznie nie chcieliśmy zapaprać naszej sławy mołojeckiej. Od Jałty staliśmy się już tylko wojskiem najemnym, walczącym dla honoru, do końca. We wszystkich polskich jednostkach 84 Grupy RAF - 131 Skrzydło, 411 Samolotowy Park Naprawczy (RSU), 72 Samochodowy Park Naprawczy (MTLRU), 408 Park Zaopatrzeniowy (ASP) -wrzało jak w ulu. Sqdr. Ldr. Dąbrowski, dca 411 RSU, absolwent Szkoły Wawelberga, chłop jak tur, w telefonicznej rozmowie ze mną klął po warszawsku something awful, ale dalej harował jak wół i ostro poganiał swoje wojsko.
- Kornicki, come to my office tomorrow at 10 am. We shall drive to 131 Wing for lunch.
Nasz angielski dca chciał się naocznie przekonać, jakie są nastroje w 131 Skrzydle i wedle protokołu brał ze sobą swego oficera łącznikowego. W drodze niewiele rozmawialiśmy. Jasne było, że się namyślał i planował te wizytę. Przyjęli go tam grzecznie ale chłodno. Wszyscy oficerowie byli przed obiadem w barze. Nikt nie opowiadał kawałów, nikt się nie śmiał. Rozmawiali spokojnie na obojętne tematy. Zaciekawienie jednak było ogólne. Po co on tu przyjechał i co nam powie? Płk Gabszewicz, jako gospodarz, przyprowadził gościa do baru na piwko, a potem weszliśmy do jadalni. Zwykły roboczy obiad. Pod koniec gość zaczął rozmowę na gorący temat.
- What do you think of Yalta? Wszystko, co na ten temat usłyszał można by podsumować słowami: "Bloody disaster".
- You are wrong. You will loose some territory, but the rest is safeguarded by the treaty. This is all that was possible. The Western Powers will insist on fulfilment of the terms, etc. etc.
A w końcu:
- Will you go back to Poland, Gabbi?
Gabszewicz zesztywniał, spojrzał na niego spodełba i powiedział:
- No.
Na pytanie dlaczego, zaczął rąbać prosto z mostu swoim pidgin English. W jadalni było cicho jak makiem siał. Watek tej odpowiedzi pokrywał się mniej więcej z poglądami jego podkomendnych.
- What about you, Kornicki? Will you go back?
- No, Sir. For the same reason we have just heard.
- What will you do when the war ends, where will you live?
- Unlike the Group Captain I am not married, and my decisions will not affect anybody. As for your questions, I am not particularly worried about any of them. It will be what will be.
- You are all overreacting. You will see that things will be not as bad as you think. You have friends in the West, we will do all we can for Poland. Etc., etc. Ochotników na powrót do Polski nie było. Pytania i wypowiedzi gościa, czasami prowokacyjne, spotykały się z poważnymi odpowiedziami w umiarkowanym tonie i języku, nikt nie krzyczał, nikt gościa nie obraził. Awantury nie było. W drodze powrotnej też jechaliśmy w milczeniu. Zastanawiałem się nad esencją jego raportu z tej wizyty. "They hate Yalta, will not trust Russians, discipline looks OK and should hold, they won't do anything silly, but we should show some understanding of their plight". Czy istotnie tak myślał, czy nie, było mi już zupełnie obojętne.
   Chciałem jeszcze trochę polatać jako gość w którymś z dywizjonów 131 Skrzydła. Popytałem o to Wg. Cdr. Sawicza, mego wodza z 315 dywizjonu.
- Niebezpiecznie - powiedział. - Ale jak chcesz, to jedź na tygodniowy kurs bombardowania na Spitfajerze w naszej szkole w Swansea. Jeżeli jesteś w dobrej komitywie z Mumlerem, to on ci to załatwi.
Z początku nie chciał, bo uważał, że ad majora natus jestem, ale w końcu zgodził się. Wyjechałem z dużym opóźnieniem, około 3 maja, i o końcu wojny dowiedziałem się w Anglii. Kurs ukończyłem z dobrym wynikiem i wróciłem na kontynent. Nasze ostatnie mp było w nowoczesnych budynkach niemieckiej szkoły gazowej tuż koło miasta Celle. W jednym z budynków było międzynarodowe muzeum sprzętu gazowego. Każdy kraj miał osobny pokój. W pokoju "Polen" znalazłem cały nasz sprzęt, który niemiecki wywiad zdobył na swoja wystawę. Wspaniałe kasyno oficerskie miało ogromna jadalnię z balkonem po jednej stronie, gdzie świetna miejscowa orkiestra przygrywała nam do kolacji. W piwnicach były setki butelek francuskich i niemieckich win. Za butelkę wina do kolacji płaciliśmy symbolicznego "sixpensa". Mieszkałem w pojedynczym dobrze umeblowanym pokoju z centralnym ogrzewaniem, a biuro do pracy było równie wygodne. Piękne stare miasto Celle z zamkiem pośrodku, położone nad Wezera, przypominało mi angielski Chester. Od zakończenia wojny rozpoczęła się operacja "Oswobodzanie" Ludzie którzy mieli smykałkę do interesów, od szeregowca do starszych oficerów, "oswobodzali" co popadło - samochody, aparaty fotograficzne, antyki, srebro, złoto, biżuterię, obrazy, narzędzia precyzyjne, itp. wedle własnego zamiłowania i nieoficjalnej specjalności. Opowiadał mi pewien Anglik, że "a group of enterprising chaps has liberated the Queen Wilhemina's yacht from Wilhelmshaven and were heading for South America. They were caught still this side of the Atlantic". Dobre samochody można było zarejestrować do własnego służbowego użytku i zostawiać na nocleg w sekcji transportowej. Kpt. Rowiński zdobył ogromny samochód, który prawdopodobnie należał do zakładu pogrzebowego. Nasz sierżant kierowca zapytał mnie, czy mam aparat fotograficzny. Nie miałem. Za parę dni zjawił się u mnie z pięknym małym aparatem "Lizette" z soczewkami Zeissa.
- Dla pana majora po znajomości bardzo tanio, 200 papierosów.
OK, i zrobiliśmy interes. To była moja jedyna zdobycz wojenna. Dostałem wtedy mój ostatni awans w polskim lotnictwie do stopnia majora. Brytyjskim majorem byłem od lutego 1943 roku. Anglicy zaopatrywali Berlin pociągami. Pewnego dnia nasz wódz zagadnął mnie w barze:
- Kornicki, I am beginning to think that you may be right, that one cannot trust Russians,
- I am glad you are comming to my way of thinking, Sir. What made you change your mind?
- Well, we despatched a goods train about a week ago and it never reached its destination. Russians swear they never saw it. Strange, is it not?
- Not strange, Sir, typical. Yes, they make life difficult, bloody Russians... Have another one.
   Nasz szef personalny miał pełne ręce roboty. Wszyscy wiedzieli, że LOOTING IS A COURT MARSHAL OFFENCE. Ale przecież każdy chciał mieć jakąś pamiątkę z tej cholernej wojny. Zresztą to nie było looting, to było liberating. Zaczęły się sady polowe. Anglików, nie Polaków. Ci ostatni byli albo świętoszkami, albo spryciarzami. Ironia losu było, kiedy nasz personalny sam wpadł. Jechał do Anglii na urlop objuczony walizami. W Dover celnicy kazali mu to otworzyć, skonfiskowali "oswobodzone" zdobycze i oddali sprawę w ręce policji. Po powrocie skandal. Wkrótce dostał przydział do Anglii, gdzie miał być sąd polowy. W tym samym czasie odchodziło do cywila kilku oficerów i, jak było w zwyczaju, w kasynie urządzono formalny kolację - dining-in-night. Po toaście "Zdrowie Króla" były przemówienia, a w końcu ogólne pijaństwo i tzw. games, np. wyścigi konne. Dla niewtajemniczonych wyglądało to jak dom wariatów. Żeby dobrze się bawić, trzeba wypić tyle, ile wypili czołowi zawodnicy. Nasz zdymisjonowany personalny też był na tej kolacji. Ponury jak cholera, bo nikt nie chciał z nim rozmawiać. Nagle przyczepił się do mnie i dawaj skarżyć się, że to niesprawiedliwość, bo był w towarzystwie dwóch pełnych pułkowników i tylko jemu kazali otworzyć walizy. A potem bezpośrednio do mnie:
- Well Kornicki, I am sure you have a small fortunę tucked away somewhere. Myślałem, że mnie krew zaleje, bo ja przecież oprócz tej kamery za 200 papierosów niczego nie "oswobodziłem".
- Sir! Not everybody is a crook. Good-bye, Sir!
Air Chief Marshal Sir Sholto Douglas, C-in-C 2nd TAF, urządził wystawę samolotów angielskich w Warszawie. Chciałem tam pojechać przebrany w mundur mechanika, ale nie wyszło. Płk Gabszewicz zdał już dowództwo Skrzydła i objął stanowisko w dowództwie 84 Grupy po płku Mumlerze. Zaprosił mnie na obiad do kasyna Nr l - tylko dla pułkowników i wyżej. Weszliśmy do baru na piwko. Staliśmy w kacie rozmawiając. Oprócz nas było tam kilkunastu oficerów starszyzny. W pewnej chwili wszedł Sir Sholto ze swoim "inteligentnym" pułkownikiem. Zauważył Gabszewicza i popruł wprost do niego.
- Ah! Gabbi! Just the man I want to see. We have landed half an hour ago, straight from Warsaw. The exhibition was a great success. Warsaw is in a terrible state, a heap of ruins. Had a long talk with Żymierski.
- I am glad all went well for you, Sir. What did Żymierski have to say for himself?
- Well, in short he wants you all back. He needs desperately two transport sąuadrons, he has sound ideas for rebuilding Polish Air Force. You chaps in the West would be the core of it, jobs for everyone of you. I think you should all go back home, your country needs you, your contribution would be invaluable.
Wokół nas panowała kompletna cisza. Wszyscy słuchali. A Gabszewicz pomału, swoją prosty angielszczyzna, kontrował jego argumenty. W końcu Sir Sholto zwrócił się do mnie:
- And what about you, Squadron Leader? Will you go back to your country?
- Not whilst the communists are running it under Russian control, Sir.
Pułkownik przypomniał mu jakieś spotkanie i Marszałek ze słowami: "You are wrong, both of you" wyszedł z baru. Kilku pułkowników podeszło do nas i z tego, co powiedzieli pamiętam dwa słowa: "We understand".
   Sir Sholto wygłosił świetna mowę na wystawie w Warszawie. Mówił jako żołnierz o swoich towarzyszach broni w polskich dywizjonach w jego kraju, ze zrozumieniem i uznaniem. Pięknie mówił i pozostał naszym aktywnym przyjacielem do końca życia. Ostatni raz widziałem go 3 marca 1965 roku na formalnym przyjęciu w kasynie oficerskim w Northolt z okazji 50 rocznicy istnienia tego lotni ska. W l wojnie światowej dowodził 43 Dywizjonem Myśliwskim we Francji. Na tym przyjęciu było 10 Polaków: Gabszewicz, Janus, Drobiński, Bieńkowski, Pietrzak, Trzebiński, Suleżycki oraz dwóch, których nazwisk nie pamiętam. 12.4.1945. 2 pułk panc. Dywizji gen. Mączka oswobodził 1728 dziewcząt żołnierzy AK w obozie Stalag VI C w Oberlangen. Na cześć oswobodzicieli powstała piękna żurawiejka:
Drugi pułk był znany z tego
Że miał Szczutka Koszutskiego.
Szczutek pułkiem tak dowodził
Że panienki oswobodził!
   Wczesnym latem 131 Skrzydło urządziło zabawę taneczna na swoim lotnisku dla zaproszonych dziewcząt z Oberlangen. Przypadkowo przyjechałem wtedy do Skrzydła i miałem zaszczyt i przyjemność poznać kilka z nich. Najpierw obopólne onieśmielenie. Rozmowa zaczęła się od uśmiechu i życzliwego spojrzenia, a potem już było łatwo. Odjechałem z wielkim zamieszaniem w głowie i w sercu.    Najpierw płk Mumler, a potem Gabszewicz zabierali mnie na wyjazd w teren. Nie zapomnę obozu, w którym ludzie wyglądali jak szkielety w pasiastych łachmanach... Doszczętnie zburzony Hamburg... Alianckie lądowisko-cmentarzysko połamanych i popalonych szybowców... Lubeka z piękny brama wjazdowa z dwiema wieżyczkami, za którymi pełno gruzów... Angielski pub w niemieckim miasteczku, świetnie prowadzony przez angielskiego sierżanta. W Bad Harzburg spędziłem pięć dni w Oficerskim Ośrodku Wypoczynkowym. Przeważnie na włóczędze po lasach z kolega, który był leśnikiem z zawodu. Raz, zbliżając się do małego potoku w lesie zauważyliśmy sowieckiego żołnierza patrolującego odcinek graniczny. Zabłądziliśmy. Wycofując się dyskretnie natknęliśmy się na grupę ludzi z tobołami, którzy na nasz widok zwiali galopem w krzaki. Dużo Niemców przekraczało w ten sposób granicę ze wschodu na zachód. Ciepłe i słoneczne lato przyszło i minęło. Zacząłem starania o wyjazd do Anglii, bo wiedziałem, że można dostać stypendium na studia. Wylądowałem na lotnisku Newton koło Nottingham w tzw. holding unit, jednostce dla oficerów bez przydziału. Wszystkie uczelnie w Anglii były zapchane Anglikami. Pojechałem do Dublina i, o dziwo, zostałem przyjęty na 3-letnie studia w Trinity College. Mając zapewnione miejsce, dostałem stypendium. Uniwersytet został zawiadomiony i wszystko było OK. Dwa dni przed wyjazdem dostałem telegram, że stypendium zostało wycofane. Słyszałem później, że kilku Polaków, którzy wyjechali do Dublina wcześniej zostali na studiach dzięki dzielnej postawie uniwersytetu. Nottingham Technical College zorganizował 2-letni kurs wyłącznie dla Polaków: "Textile Dying and Finishing" (farbowanie i apreturowanie tkanin). Do południa były wykłady, przeważnie z chemii tekstylnej, a po południu farbowanie na różne kolory maleńkich szmatek. Cały kurs prowadził w laboratorium pan w podeszłym wieku z młodym pomocnikiem. W składzie chemikaliów był czysty spirytus, który nasz wykładowca rozwadniał w menzurce i rąbał jako aperitif przed każdym obiadem. Ponieważ dostałem się na ten kurs z dwumiesięcznym opóźnieniem, nie miałem dużo czasu na brydża. Gwiazdka była smutna, na Sylwestra urządziliśmy pijaństwo i tak się skończył ten cholerny rok 1945.