"Skrzydła" Nr 94/580

303 nad Dieppe

   Pod nami tonie kilka łodzi inwazyjnych. Zapewne zostały trafione pociskami artylerii ustawionej na wybrzeżu lub też bombami lotniczymi. Widać wielu żołnierzy w żółtych kamizelkach. Starają się utrzymać na wodzie. Płyną już do nich łodzie ratunkowe. Nieco dalej, jeden z kontrtorpedowców zapewne trafiony bomba pali się jasnym płomieniem, ale nie przestaje ostrzeliwać nieprzyjaciela na wybrzeżu. Do kontrtorpedowca zbliżają się łodzie inwazyjne zabierając załogę płonącego okrętu. Na lądzie dymy osnuty Dieppe. Od czasu do czasu gdy wiatr wieje od morza widać dachy domów i wieże kościelne. Na ulicach miasta wre walka wręcz, podczas gdy my krążymy uparcie nad naszym konwojem i nie możemy dopomóc oddziałom walczącym na lądzie. Znowu zbliżamy się do palącego się ciągle kontrtorpedowca który (nagle wybucha pod nami. Ogromna eksplozja, spowodowana zapewne pożarem w magazynie amunicji, złamała okręt na dwie części. Tonie on szybko w falach morskich. Po chwili w miejscu w którym zatonął widać tylko kłąb dymu który zawisł przez długi czas jak czarna chmura.
   Zbliża, się czas naszego powrotu ponieważ w zbiornikach kończy się paliwo. W pewnej odległości od nas widać walkę myśliwców. Małe punkciki wykonują pętlę, gonią jeden za drugim, pikują i znów wznoszą się w górę. W pewnej chwili mały punkt zakwita płomieniem i zostawiając za sobą smugę czarnego dymu spada pionowo do wody. Niechybnie, ktoś poniósł śmierć w tej podniebnej walce. Swój czy wróg?
   Od strony lądu lecą Focke-Wulfy. Tym razem lecą bardzo nisko, omal że dotykając wody. Nie zmylili jednak czujności artylerzystów okrętowych, bo w tejże samej chwili burty okrętowe rozjarzyły się płomieniami pocisków artyleryjskich. Dołączyły do nich "pom-pomy" na kontrtorpedowcach. Sieją paciorkami pocisków. Część szwabów przedostała się jednak przez ogień i rzuciła bomby. Wybuchy pokrywają dymem znajdujące się w pobliżu statki transpor-towe. Za chwilę dym uniesie się, statki otrząsają się z wody jak psy po kąpieli i znów bronią się ogniem.
   Nam nie wolno zejść z naszej wysokości bo "Navy" ma rozkaz strzelać do wszystkich samolotów lecących poniżej 3000 stóp. Nie wytrzymuję jednak i z mym bocznym, który trzyma się mnie jak przyklejony, staram się przeciąć drogę Focke-Wulfowi, który atakuje w pojedynkę. Szkop jednak nas zauważył, daje pełen gaz, aż dym wali z silnika, i ucieka w chmury, nad ląd.
   Czas wracać. W słuchawkach odzywają się rozkazy, wymieniamy znaki z zmieniającymi nas dywizjonami. Wracamy do bazy.
   Poza nami wre w dalszym ciągu walka, leje się krew, której my nie widzimy. Chmura dymu ciągi jeszcze wisi nad miejscem w którym zatonął kontrtopedowiec, a na powierzchni morza uwijają się łodzi ratunkowe wyławiające rozbitków. Z poza dymów rozwlekłych nad Dieppe widać płomienie i wybuch; pocisków. Niedaleko od nas, w morderczej walce giną ludzie po obydwu walczących stronach, pod czas gdy zaledwie kilka mil od brzegu panuje spoko i cisza, roztacza się niczym niezmącony błękit nieba i szmaragd morza.
   Mój boczny gdzieś się zgubił, wracam sam. Daleko przede mną widzę rój samolotów ; to zapewne moi koledzy. Zniżam lot aż do samej wody i lecę na zredukowanym gazie wiedząc jak mało mi zostało benzyny. Lot nad samą wodą to dla mnie jedna z największych przyjemności latania. Delikatnie zarysowani fale uciekają poza mnie. W dalszym ciągu jestem sam z moja "Kukułką" zawieszony chyba nie więcej jak na 2 metry nad powierzchnią wody. Lecę z szybkością 200 mil na godzinę. Cieszy mnie widok promieni słonecznych i błękit nieba odbity w morzu. Lekko podciągam samolot w górę i robię jedną beczkę za drugą. Trudno o bardziej wspaniałe uczucie niż to, jakie się odczuwa lecąc "na plecach" i widząc odbicie własnego samolotu w wodzie. Odbicie to przypomina cień wielkiego ptaka.
   W pewnej chwili silnik przerwał i serce stanęło mi w gardle. Moja "Kukułka" ostrzega mnie, że mam tak mało benzyny iż nie powinienem wygłupiać się takim lotem i to nad samą powierzchnią wody. Pod ciągam wyżej i wkrótce dostrzegam brzeg. To niechybnie Eastbourne. Bardzo miłe miejsce letniskowe usiane tysiącami małych weekendowych domków wśród których wyrastają imponująco wyglądające duże eleganckie hotele. Widok z powietrza naprawdę piękny. Przelatuję nad miastem na wysokości 200 stóp i po kilku minutach ląduję w Redhill mając w zbiorniku resztki benzyny.
   Wróciliśmy wszyscy. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Gwar jak w ulu. Mechanicy otaczają, pilotów i troskliwie wypytują o szczegóły lotu i o walkę. Jak zawsze cieszą się naszymi zwycięstwami. Szybko zdajemy raport z walki, jemy obiad pod gołym niebem w kantynie polowej. Siedzimy na ziemi i pochłaniamy jedzenie aż się uszy trzęsą. Wkrótce startuje na lot następny druga zmiana prowadzona przez Zygmunta Bieńkowskiego. My mamy dwie godziny odpoczynku. Układam się pod rezerwowym samolotem i po chwili zasypiam. Budzi mnie szum silników. To nasi wrócili. Wszyscy są cali ale wściekli, bo nie napotkali na Niemców. Majewski jest specjalnie zły bo lądując za szybko skończył wybieg na kartoflisku i połamał swojego Spitfirea na czynniki pierwsze.
   Po uzupełnieniu paliwa, olejów i tlenu startujemy ponownie w tym samym zespole co dziś rano. Tym razem mamy osłaniać odwrót naszego desantu. Natychmiast po przekroczeniu wybrzeża widzimy ogrom-ną liczbę łodzi desantowych transportowców i okrętów eskortujących. Po kilkunastu minutach lotu na właściwej wysokości dolatujemy do końca konwoju. Tu mamy krążyć cały czas i w razie potrzeby bronić okrętów przed atakami nieprzyjaciela.
   Pogoda zmieniła się i od strony południa cały Kanał pokrył się chmurami. Zaczynamy krążyć na nakazanej wysokości. Widzę że nad nami krążą inne dywizjony. To nasi. A więc tak jak rano byliśmy w towarzystwie innych polskich dywizjonów. Pod nami płyną bardzo wolno łodzie inwazyjne w formacji torowej. Otacza je wieniec korwet i kontrtorpedowców. Wyglądało to wszystko bardzo spokojnie, wprost idyllicznie. Stefan Janus, bo to on teraz prowadził nasze skrzydło, posłał dwa górne dywizjony ponad chmury, które zasłoniły słońce nad nami. Zrobiło się trochę luźniej. W pewnym momencie, gdy robiliśmy skręt z południa na północ okręty znajdujące się pod nami błysnęły ogniem artyleryjskim i to jak najzupełniej w naszą stronę. Jeden z pilotów, zapewne młody i niedoświadczony, krzyknął przez radio przestraszonym głosem: "Panie Kapitanie! Strzelają!" Jak zawsze dowcipny Zumbach odparł spokojnie: "A co? Myślałeś że gazetę będą czytać?" Parsknąłem śmiechem. Korciło mnie dodać od siebie jakiś komentarz ale spojrzawszy przez ramię do tyłu zobaczyłem trzy duże dwusilnikowe samoloty pod chmurami.*
   Antoni Głowacki