"Skrzydła" Nr 148/6340, Jerzy Żuromski
Darky
Darky była piękna charcicą, która w młodości biegała na torze wyścigowym. Łagodne spojrzenie pięknych oczu w dumnie podniesionej głowie wyróżniało ja spośród członków zwierzyńca w Northolt, a zwierzyniec ten w 1942 r. był całkiem pokaźny - od gołębia poprzez rasowe pieski i kundle aż do
małpy. Choć personel magazynów i dowództwo Stacji nie byli wielkimi miłośnikami zwierząt, to piloci i mechanicy okazywali im dużo troskliwości i opieki. Było to tym łatwiejsze, że zwierzęta mogły "mieszkać" w barakach dispersalu, choć niektóre zjawiały się w kasynie w czasie
posiłków. Darky miała swoje miejsce w salonie kasyna, na pierwszym fotelu przy kominku. Siadała na nim w pozie sfinksa - przednie łapy wyciągnięte przed siebie, głowa uniesiona - potrafiła tak przetrwać do czasu, kiedy po obiedzie przyszedłem do salonu na filiżankę kawy. Gdy odstawiałem filiżankę, Darky majestatycznie schodziła z fotela i maszerowała do drzwi.
Kiedy miałem lecieć, szła ze mną do samolotu, a gdy zapuściłem silnik, szybko wracała do dispersalu i kładła się na moim łóżku. Huk silników po powrocie z operacji powodował, że wychodziła na zewnątrz i siedziała spokojnie przed drzwiami baraku, gdy ładowały i kołowały do swoich dispersali inne dywizjony,
się i biegła - gdy wyczuła, że ładuję - do miejsca, gdzie zawsze parkowałem mój samolot. Czekała aż silnik stanie, aby mnie entuzjastycznie przywitać.
Latem 1942 roku mój dywizjon przeniesiony został na parę tygodni do sąsiedniego Heston. Domki na skraju lotniska zarekwirowano na nasze kwatery; inny dywizjon mieszkał na plebani. Mój pokój był na parterze. Przy otwartym oknie Darky miała dużo swobody. W nocy spała na moich futrzanych spodniach, ale wolała zawsze spać w nogach na łóżku. Czuła się jak na wilegiaturze na wsi. Lotnisko było jak duża łąka otoczona prawie ze wszystkich stron wysokimi drzewami. Brałem Darky często na spacer skrajem lotniska albo na sąsiednie nieużytki, gdzie płoszyła króliki. Jeżeli delikwent nie połapał się na czas, to nie miał wielu szans.
W wypadach tych coraz częściej zaczął się do nas przyłączać miły wilczur dowódcy sąsiedniego dywizjonu. Dla dodania animuszu nie tyle sobie, ile psom, urządziliśmy zabawę - wyścigi. Koledzy brali Darky, wilczura i inne psy na jedna stronę lotniska, ja zostawałem po drugiej. Na moje zawołanie puszczali psy i cała banda ruszyła za Darky, która mknęła jak strzała - szyja wyciągnięta, ogon prosty, wydawało się, że jest niższa. Naturalnie była pierwsza.
Lotnisko dawało poczucie przestrzeni i wilk poczuł się w swoich zapędach bardziej zdecydowany. Darky z wyższością utrzymywała dystans, bohatersko broniła swej cnoty i nieraz chapnęła go za ucho czy za wargi, ale on tak ja czarował, tak ja gonił, aż wreszcie dogonił.
Z czasem Darky zaczęła tracić swa piękny linię, zrobiła się powolniejsza i nie miała ochoty na wyścigi, spędzając więcej czasu w pokoju. Gdy siadałem, by napisać list lub poczytać, podchodziła, kładła mi głowę na udzie i czekała, abym ją pogłaskał po głowie. Zdecydowanie nie lubiła klepania, więc mówiłem kolegom, żeby sobie klepali inne rzeczy i zwykle ją tylko głaskali.
Na początku jesieni dywizjon wrócił do Northolt. Dostałem pokój w baraku sąsiadującym z
barakiem WAAF-ek. Dziewczęta pamiętały Darky z poprzedniej naszej bytności, miała więc dobrą opiekę będąc bliska rozwiązania. Dostawała jedzenie do pokoju, wychodziła tylko do ogrodu i chętnie lokowała się na noc w nogach mego łóżka, chociaż czasami układała się przy ścianie, i w takich właśnie okolicznościach zdarzył się śmieszny wypadek, gdy nagle, chcąc się przeciągnąć, wparła się łapami w ścianę i zepchnęła mnie z łóżka. Spadłem na dywanik i nic mi się nie stało. Przesunąłem ja w nogi łóżka i spaliśmy już bez przygód aż ordynas przyniósł mi poranna herbatę.
W parę dni później Darky urodziła siedem kocmołuchów - czarnych i szarych, włochatych i gładkich. Dziewczęta we wszystkim były pomocne i posegregowały szczeniaki, które chwalebnie podrastały ku uciesze nas wszystkich.
Sprawa naturalnie musiała być odpowiednio "rozpatrzona" w barze, przy niezliczonej ilości głębszych. Jeden z kolegów z żalem w głosie zanucił: "Dlaczego ja małpą być nie mogę, nie płacić czynszu, jeść porzeczki, własną żonę gryźć...". Poplątał mu się język i gdy odprowadzano go do pokoju jeszcze przypomniał sobie, że "słoń lepszy od niedźwiedzia, bo trąbę by mu dał, obsiusiałby nią Fredzia i potem to by zwiał...".
Z jesiennymi szarugami zmieniły się nastroje na stacji. Ktoś puścił famę, że piloci przychodząc na kolację muszą być przepisowo ubrani, tzn. w krawatach, bez dywizjonowych szalików i w normalnych butach. Ten numer oczywiście nie przeszedł, ale po dwóch czy trzech tygodniach wyszedł słynny stacyjny rozkaz, że kasyno to nie menażeria i zwierzęta nie mają do niego wstępu.
Była w tym racja, bo niektóre kosmate psy przynosiły pełno brudu na mokrych łapach, a małpa siedząca na lambrekinie w pokoju bilardowym "ochrzciła" już niejednego, który chciał ją stamtąd przegonić. Po ostrej dyskusji na odprawiie argumenty przeciwników zmusiły mnie do powiedzenia, że im bliżej poznaję ludzi, tym bardziej cenię i szanuję mojego psa, choć przy:nać musiałem, że nie można usunąć z kasyna niektóre zwierzęta, jak np. małpę, a pozwolić innym wylegiwać się przed kominkiem.
Darky zresztą do kasyna już nie przychodziła będąc karmiącą matką, a na początku 1943 roku ostała, wraz ze swoim właścicielem, odkomenderowana na Orkady, gdzie miała naprawdę niesamowite używanie uganiając się od rana do wieczora za królikami. Z wiosną dywizjon wrócił a południe i choć były na stacji wilczur i labrador, z żadnym z nich nie chciała nawiązywać bliższych stosunków. Przyjęła podobną rutynę do poprzedniego roku w Northolt odprowadzała mnie do samolotu, gdy dywizjon wylatywał, po czym czekała na moim łóżku. Słysząc wracające samoloty wybiegała do punktu parkowania i gdy wychodziłem z maszyny witała mnie, jakby mnie nie widziała od wieków.
Pewnego dnia wybiegła jak zwykle gdy dywizjon lądował, ale mego samolotu nie było, bo zostałem zestrzelony nad Holandią.
Po wojnie dowiedziałem się, że długo siedziała na miejscu, gdzie powinien być mój Spitfire, powróciła do dispersalu i położyła się na moim łóżku. Nie pozwoliła się ruszyć, gdy piloci opuszczali lotnisko. Następnego dnia zastali ją w tym samym miejscu. Przywieźli jej jedzenie i wodę, ale znowu nie pozwoliła się wyprowadzić. Trwało to przez parę dni - przynoszono jej wodę i jedzenie, ale go nie ruszyła. Jej sierść straciła połysk i stała się nastroszona. Darky dostawała drgawek i stała się agresywna.
Doktor dywizjonu poradził kolegom, by ją uśpić i została pochowana za dispersalem na lotnisku, z którego po starcie widać było w dolinie piękne stare miasteczko - Taunton.