Dodano 2007-07-04 Źródło Treść: Krzysztof Janowicz
Dla urodzonego 30 kwietnia 1911 roku Wojciecha Januszewicza droga do lotnictwa była zawiła i kręta. Po ukończeniu szkoły średniej i zdaniu matury postanowił zostać pilotem. Już podczas szkoły ukończył kurs szybowcowy, więc zdawało się, że nic nie stoi na przeszkodzie do lotniczej kariery. Mimo dobrego stanu zdrowia do dęblińskiej Szkoły Orląt nie został jednak przyjęty. Jak sam przypuszczał, ze względu na zbyt niski wzrost. Zdecydował się pozostać w wojsku i tak trafił do szkoły oficerów piechoty. Po jej ukończeniu Wojciech Januszewicz otrzymał 15 sierpnia 1934 roku promocję na podporucznika i przydział do 21. pułku piechoty ?Dzieci Warszawy? skoszarowanego w warszawskiej Cytadeli. Kolejne podania o przeniesienie do lotnictwa wreszcie przyniosły pożądany skutek i w następnym roku Januszewicz trafił do Dęblina. Rozpoczął szkolenie na pilota myśliwskiego. W tym czasie wyjątkowy pech prześladował 111. Eskadrę Myśliwską im. Tadeusza Kościuszki. Jednostka ta wchodziła w skład 1. Pułku Lotniczego stacjonującego na warszawskim lotnisku Okęcie. Używająca wówczas myśliwców PZL P.11, w okresie od 15 kwietnia do 16 lipca 1936 roku straciła w wypadkach aż trzech pilotów, w tym dwóch oficerów, i potrzebowała natychmiastowego uzupełnienia. Latem tego roku, po ukończeniu szkolenia, ppor. Wojciech Januszewicz został przydzielony właśnie do 111. EM. Jej godłem była czapka krakuska na tle skrzyżowanych kos, pasiaka i niebieskich gwiazd, dlatego często jej pilotów nazywano ?Kosynierami?. Liczne manewry i ćwiczenia cementowały tam lotniczą brać, wśród której Januszewicz poczuł się jak ryba w wodzie. Ponadto okazał się uzdolnionym pilotem myśliwskim ? był zadziorny, ale zdyscyplinowany, a do tego miał talent do latania i celne oko. Stale doskonalił pilotaż P.11 i niebawem znał go w najdrobniejszych szczegółach. Wiedział na co stać jego samolot i jak wykorzystać jego walory w praktyce. W dniu 19 marca 1938 roku otrzymał awans do stopnia porucznika i objął funkcję zastępcy dowódcy eskadry. Od wiosny następnego roku 111. EM weszła w skład broniącej rejonu Warszawy Brygady Pościgowej. Jeden z Kosynierów O świcie 1 września 1939 roku Niemcy bez wypowiedzenia wojny zaatakowały Polskę. Jednym z głównych zadań Luftwaffe w pierwszym dniu wojny był zmasowany atak na różne cele w Warszawie i jej okolicy, ale ostatecznie do akcji tej nie doszło. Mimo to nad naszą stolicę dwukrotnie pomknęły formacje niemieckich samolotów, gdzie zostały przechwycone przez pilotów Brygady Pościgowej. Dla ?Kosynierów? ze 111-ej był to ciężki dzień ? stracili dwóch rannych pilotów, w tym dowódcę. Walki powietrzne tego dnia ujawniły niedostatki polskich myśliwców PZL pod względem małej prędkości i siły ognia, ale jednocześnie pozwoliły na opracowanie skuteczniejszej techniki ataku. Ostrzeliwanie samolotów Luftwaffe należało prowadzić z jak najmniejszej odległości, bo tylko wówczas można było zadać im poważne uszkodzenia. Piloci Brygady natychmiast przyswoili sobie tę zasadę i szukali okazji, aby wypróbować ją w walce. Dla por. Wojciecha Januszewicza 1 września zakończył się niespodziewanym awansem. Na wieczornej odprawie płk Pawlikowski mianował go dowódcą 111. EM w miejsce rannego kpt. Sidorowicza strąconego w popołudniowej walce. Prawdziwy chrzest bojowy dla świeżo upieczonego dowódcy ?Kosynierów? przeszedł 3 września. Przed południem na ogłoszony alarm z lotniska Zielonka wystartowało 18 polskich myśliwców, które natrafiły na rozproszoną formację bombowców He 111 osłanianą przez około 25 Bf 110 z I.(Z)/LG 1. Nad Radzyminem rozgorzała zażarta bitwa powietrzna. Podczas pierwszej wymiany ognia por. Januszewicz wystrzelał całą amunicję nie uzyskując trafień. Zrozumiał, że jak zawsze strzela ze zbyt dużej odległości. Po lądowaniu i szybkim uzupełnieniu magazynków ponownie znalazł się w powietrzu, ale przeciwnika w powietrzu już nie zastał. Gdy wylądował i wysiadł z kabiny nad Zielonką pojawiły się cztery Bf 110B z 3.(Z)/LG 1, która nad Warszawę przybyła jako ariergarda niemieckiego ataku. Por. Januszewicz wskoczył do najbliższej ?Jedenastki? i ruszył w powietrze. Był jedynym pilotem mogącym teraz stawić czoła czterem groźnym ?110-tkom?. Później tak opisał swoją walkę: Nabrałem około 600 m, gdy jeden z Me 110 przypikował nad lotnisko i otworzył ogień. Nie pozostawało mi nic innego jak zrobić skręt przez plecy i zaatakować. Spojrzałem przez celownik (...) Oddałem serię z odległości 150 m. Następnie Me 110 wyrwał do góry i zrobił gwałtowny wiraż w lewo. W to mi graj. Zawiązuję skręt i z odległości 50 m rżnę serię przed i w stanowisko pilota. Me 110 robi gwałtowny skręt w prawo, dodaje gazu i lekko pikuje. Trochę się chwieje ? ale to pewnie pilot ze strachu kiwa maszyną ? i wyrywa w kierunku Prus. Nie zdążyłem pomyśleć o wirażu w prawo, gdy poza sobą z lewej strony usłyszałem znaną mi melodię, a przed śmigłem zobaczyłem białe prześcieradło ze smug pocisków npla. Szybszy odruch niż decyzja ? i maszyna w korkociągu wali się do ziemi. Podczas pierwszej zwitki ujrzałem ?przyjaciela? nad sobą w górze, a podczas drugiej wyprowadziłem na wysokości 100 m (10 dni paki w czasie pokoju) i podciągnąłem do góry. W tym czasie trzeci Me rżnie do mnie. Lekko zdrętwiałem, ale robię wiraż dalej. Nr drugi robi skręt, plasuję się w pobliżu niego ? strzelam z dość daleka. Strzelec grzeje po mnie co chwila, co zmusza mnie do ukrycia się poza ogonem. Podczas krążenia widzę, że nr czwarty, który był na wysokości szykuje się do ataku. Mam na niego oko. W pewnej chwili widzę ?twarzyczkę? Me 110, który nurkuje w moim kierunku. Lekki skręt i cała seria przechodzi z prawej. Ale skorzystał z tego strzelec nr 2 i poczęstował mnie serię. Nr 3 i nr 4 po jednym ataku odeszły, pozostał tylko nr 2. Rozpoczyna się walka. Lecę w ogonie i staram się zbliżyć. Mowy nie ma. Pilot Me 110, aby umożliwić strzelanie dla strzelca, robi górki. Strzelec korzysta z okazji podciągnięcia i kropi do mnie. Chowam się pod ogonem ile mogę. Pilot Me 110 robi skręt. Ścinam skręt w lewo. Strzelec pierze. Powoli zbliżam się w smugach. Z odległości 10-15 m, leżąc w wirażu i zasłaniając się skrzydłem od strzelca (jakby mi to co pomogło) rżnę serię w stanowisko pilota. Widzę dokładnie twarz strzelca, jego karabin i tak samo swoje pociski, które na kadłubie pozostawiają iskierki. Pilot nie wytrzymuje, oddaje i ucieka. Podczas podciągania zauważyłem, że prawy silnik wybuchł płomieniem, a potem zgasł i stanął. Poważny plus ropy naftowej . Na jednym silniku szybkość Me 110 poważnie zmalała i zrównała się z szybkością mojego Pezetela. Chodzę swobodnie za nim i czekam na koniec oddając krótkie serie, które idą w kadłub. Zacina mi się lewy km! Piorę z prawego. Strzelec wykorzystuje każdą sytuację, aby do mnie strzelać. Jednak teraz mogę swobodnie chować się pod ogon. Pilot, po kilku skrętach, stosuje górki i odchodzi na północ. Źle ? decyduję się podejść jak najbliżej. Podczas oddania po górce, wchodzę w sam ogon i strzelam w stanowisko pilota ? maszyna zachwiała się, poszła do góry do 200 m, opadła i w prawym skręcie idzie do ziemi. Aha ? myślę ? chce umknąć jak zwykle. Trzymam się tuż pod samym ogonem. Zbliża się gwałtownie ziemia. Lekko zostaję z tyłu. Obserwator strzela do mnie pożegnalną serię. Nagle uprzytamniam sobie: muszę wiać! Podciągam do góry świecą, a pode mną wybuchł samolot i wielki słup ognia wystrzelił w niebo. Odtańczyłem taniec wojenny i poszedłem do lądowania. Walka stoczona na oczach całego personelu dywizjonu zakończyła się wspaniałym zwycięstwem Januszewicza. W kabinie Messerschmitta, który eksplodował na ziemi koło Kobyłki, niedaleko lotniska w Zielonce, zginął pilot Uffz. Sigismund Mazurowski i strzelec Uffz. Günther Lother. Jeden z pilotów 3.(Z)/LG 1, Gefr. Josef Groten, po powrocie do bazy meldował zestrzelenie ?P.24? i mogło chodzić tylko o samolot Januszewicza. Jednak Polak wrócił bezpiecznie na swoje lotnisko. Walki powietrzne w tym dniu znów były kosztowne dla 111. EM, która straciła dwa zniszczone i jeden uszkodzony P.11. Wobec niewątpliwego wykrycia lotniska w Zielonce przez niemieckie samoloty, III/1 DM przeniósł się wieczorem 3 września na polowe lotnisko Zaborów na zachód od Warszawy. Następnego dnia o godzinie 16:00 alarm poderwał w powietrze pilotów 111. EM, którzy kierowani z ziemi natknęli się na małe grupki niemieckich samolotów. Sześciu Polaków zbliżyło się do formacji bombowców nurkujących Ju 87B z 3./StG 1. Lecący na wysokości 4000 metrów por. Januszewicz zauważył nad Babicami samotnego Sztukasa, który prawdopodobnie po zrzuceniu ładunku bomb chciał dołączyć do reszty swojej formacji. Dowódca ?Kosynierów? rzucił się na niego razem ze swoimi bocznymi. Pilot Junkersa dostrzegł atakujących Polaków i rezygnując z dołączenia do szyku pochylił nos samolotu wchodząc w głębokie nurkowanie. Jak cienie trzy ?Jedenastki? popędziły jego śladem. Januszewicz zaczął go ostrzeliwać, ale odległość była jeszcze zbyt duża. Co gorsza przednią szybę wiatrochronu P.11 Januszewicza zachlapał olej. Mimo to nadal śledził lot bombowca wychylając głowę z kabiny. Korzystając z hamulców aerodynamicznych Sztukas wyprowadził z nurkowania na wysokości 200 m, podczas gdy P.11 dalej spadał jak kamień. Na usilne starania Januszewicza myśliwiec reagował ociężale, ale w końcu udało mu się wyprowadzić go na wysokości około 20 m. Tymczasem Ju 87 wzniósł się na 600 m i niecelnie ostrzelał jego bocznego, kpr. Karubina. Musiał przy tym zwolnić, co natychmiast wykorzystał por. Januszewicz. Wyciągam na 600 m. Jestem pod szkopem. Odległość 100 m. Pilot lekko podciąga i seria. Ostatnim tchem maszyny skręt przez plecy nad szkopem, seria obserwatora i siedzę w ogonie. Moja seria. Zacina mi się lewy. Szybka zachlapana. Celuję na smugi. Ju zaczyna kosić. Słońce świeci mi prosto w oczy. Ju kosi po samej ziemi. Nie mogę strzelać ? jedynie jak wyciąga nad przeszkodami. Moment jest bardzo krótki. Skręca na Puszczę Kampinoską. Decyduję się strzelać z boku. Wyskakuję nad niego i ze słońcem strzelam w wirażu na smugi. Powtarzam to parokrotnie. Naturalnie strzelec z odległości 30 m zasypuje mnie smugami. Nagle po jednej z moich serii urywa (?) Z odległości 2 m zaglądam do kabiny. Obserwator leży bezwładnie, kabina we krwi, karabiny odrzucone zwisają bezwładnie. Pilot nagle mnie spostrzega. Maszyna się trochę chwieje (...), ale opanowuje się i leci dalej. Patrzy w moim kierunku. Uśmiecha się. Salutuje z uznaniem. Odsalutowuję i odśmiecham się. Tak zbliżamy się do Wisły. Pokazuję mu, aby lądował. Przypuszczam, że mnie nie zrozumiał. Robię nad nim krzyż w powietrzu. Potrząsa głową ? co to ma znaczyć, nie wiem. Wchodzę pod ogon. Odległość 15 m. Wychylam głowę. Naciskam. Seria. Smugami celuję w silnik. Silnik staje. Ju 87 robi wiraż w lewo. Siada w poprzek bruzd. Kurz i nic. Podlatuję nad niego. Pilot wyskakuje i ucieka do lasu. Biegnąc kiwa ręką. Strzelać, czy nie? Nasz teren, a więc nie. Wpada do lasu. Ze wsi wyskakuje moc wojska. Tyraliera. Wchodzą do lasu. Taniec wojenny. Pilotem Sztukasa był Lt. Joachim Langbehn, który szybko poddał się naszym żołnierzom. Natomiast jego radiotelegrafista i strzelec w jednej osobie, Uffz. Theodor Amann, zginął w kabinie samolotu. W jakim stanie odnaleziono niemiecki bombowiec nigdzie nie zostało odnotowane, ale można przypuszczać, że samolot ten nie był całkowicie zniszczony. Drugie zwycięstwo Januszewicza odniesione nazajutrz po pierwszym i tak samo spektakularne, było dowodem jego ponadprzeciętnych umiejętności. A nie było to jeszcze ostatnie słowo ?Kosyniera? z Brygady Pościgowej. Taniec wojenny Ranek 6 września wstał bardzo słoneczny. Dzięki bezchmurnemu niebu widoczność była nieograniczona, aż po horyzont. Dla obrońców Warszawy było jasne, że na samoloty Luftwaffe nie będą musieli długo czekać. Na stanie 111. EM pozostało już tylko siedem sprawnych myśliwców. Minęła godzina 6:10, gdy na lotnisku Zaborów rozległ się sygnał alarmu. Piloci wskoczyli na kabin i ruszyli w powietrze. Najpierw 112. EM, za nią ?Kosynierzy? ze 111-ej. Bocznymi Januszewicza byli w tym locie pchor. Janicki i ppor. Ferić, który mimo kontuzji pleców odniesionej podczas lądowania po skoku ze spadochronem, nadal brał udział w lotach bojowych. Już chwilę po starcie polscy piloci zwarli się w walce z luźno lecącymi Junkersami 87 z IV.(St)/LG 1, które miały być osłaniane przez Bf 110 z I./ZG 1. Niemieckie ciężkie myśliwce nie stanęły na wysokości zadania, przynajmniej na początku, gdy dopuściły do ataku polskich myśliwców. Piloci klucza prowadzonego przez por. Januszewicza dostrzegli pojedynczego Sztukasa kierującego się na zachód. Skręcając do tyłu przez lewe skrzydło natychmiast ruszyli w pogoń i wykorzystując przewagę wysokości zbliżyli się do przeciwnika. Był to Ju 87B pilotowany przez Oblt. Fritza Gläsera, którego strzelcem pokładowym był Uffz. Bertram Düwenkörper. Lecący na czele klucza ?Jedenastek? Januszewicz zaczął ostrzeliwać Junkersa krótkimi seriami. Jego pilot znalazł się w potrzasku, ponieważ boczni Januszewicza naciskali spusty, gdy tylko próbował skręcić w bok. Dzięki temu, lecąc poniżej ogona Ju 87, por. Januszewicz zbliżył się do niego na tyle blisko, aby jego ogień był coraz skuteczniejszy. Nie pomagały rozpaczliwe uniki Oblt. Gläsera ? coraz więcej pocisków szarpało poszycie jego samolotu. Wreszcie silnik Sztukasa stanął w ogniu. Niemiecki bombowiec zwolnił, co umożliwiło Polakowi dalsze ostrzeliwanie Junkersa. Nagle płonący Sztukas zadarł nos, a osłona kabiny odpadła. Wspomina Mirosław Ferić: Pilot pewnie już nie żył, lub był ranny, bo nie skakał. Strzelec zaś wyskoczył tak niefortunnie, pewnie za szybko otworzył spadochron, że jedwab zaplątał się w stateczniki. Maszyna tymczasem spadała jakąś dziwną spiralą, wlokąc za sobą uwikłanego we własne sieci bandytę. Widowisko było nielada i niecodzienne. Nurkując sunęliśmy obok oczekując zakończenia tej groźnej sytuacji. Najpierw gruchnęła o ziemię maszyna, stając momentalnie dzięki wybuchowi w płomieniach, a o ułamek sekundy później strzelec. Odtańczyliśmy nad szczątkami wroga taniec wojenny i rozlecieliśmy się. Obaj niemieccy lotnicy zginęli. Niewiele brakowało, aby ten sam los spotkał por. Wojciecha Januszewicza. Po kilku okrążeniach nad płonącymi szczątkami dostrzegł, że jego boczni kierują się w kierunku północnym, gdzie krążyło kilka Bf 110. Poszedł w ich ślady i zaczął mozolnie wdrapywać się na wyższy pułap. Był tak pochłonięty obserwacją znajdujących się przed sobą przeciwników, że zapomniał o własnym ogonie. Nagle w kabinie rozległ się huk, a górą przemknął złowieszczy cień. Na szczęście silnie uzbrojony Bf 110 nie powtórzył już ataku. Do ziemi nie było daleko i nasz pilot wylądował przymusowo niedaleko swojego lotniska. Kabina ?Jedenastki? była pokiereszowana, ale por. Januszewicz nie odniósł żadnych obrażeń. Przebity został też zbiornik oleju. Uszkodzenia P.11 oznaczonego białym numerem 8 nie były poważne, ale wobec braku części zamiennych nie można było go naprawić. Gdy wieczorem tego samego dnia nadszedł rozkaz przelotu III/1 DM na lotnisko Kierz pod Lublinem, samolot trzeba było porzucić. Po wycofaniu Brygady Pościgowej z rejonu Warszawy spadła intensywność walk. Nie było tam sieci obserwacyjnej, brakowało paliwa i obsługi naziemnej przedzierającej się przez zatłoczone drogi, nagminnie atakowane przez Luftwaffe. Szwankowała łączność, dywizjony myśliwskie otrzymywały chaotyczne, często sprzeczne rozkazy. W takich warunkach skuteczna działalność lotnictwa była niemożliwa. Zapowiadana pomoc sojuszników zachodnich nie nadchodziła. Co gorsza pomoc otrzymali... Niemcy! W dniu 17 września od wschodu uderzyła na Polskę Armia Czerwona. Rząd Polski postanowił ewakuować tyle wojska, ile tylko się da, aby kontynuować walkę na emigracji i wyzwolić Ojczyznę. Dywizjony lotnicze otrzymały rozkaz przekroczenia granicy z Rumunią i przerzutu tam ocalałych samolotów. Na obcej ziemi Podobnie jak tysiące innych polskich lotników Wojciech Januszewicz przedostał się do Francji. W Lyonie przeszedł szkolenie na nowoczesnych francuskich myśliwcach i 20 maja 1940 roku został dowódcą klucza myśliwskiego, który nazajutrz przydzielono do dywizjonu myśliwskiego GC II/7. Klucz ?Jan? przystąpił do działań bojowych 30 maja latając na doskonałych myśliwcach Dewoitine D.520, ale mimo wykonania kilkunastu lotów bojowych por. Januszewicz nie odniósł żadnych zwycięstw. Po kapitulacji Francji dotarł do Tunisu, skąd przez Gibraltar dotarł do Anglii. Również tam nie dane mu było powiększyć swojego konta zwycięstw. W dniu 2 sierpnia przydzielono go do 303 Squadron z bazą w Northolt, który zrzeszał głównie pilotów 111. i 112. EM. Szczęśliwy strzelec znad Warszawy, stał się największym pechowcem dywizjonu 303. Podczas ciężkich walk w bitwie o Anglię już 6 września musiał skakać ze spadochronem z płonącego Hurricane?a, a 26 września lądował przymusowo. Los por. Wojciecha Januszewicza dopełnił się 5 października 1940 roku, gdy pilotował myśliwiec Hawker Hurricane (P3892). Podczas walki powietrznej w rejonie Hawkinge, został trafiony przez Bf 109E, prawdopodobnie pilotowanego przez Fw. Heinricha Klöppera z 2./JG 77. Poparzony i ciężko ranny wyskoczył ze spadochronem, ale zmarł wskutek odniesionych ran. Polskiego pilota pochowano na cmentarzu w Northwood, grób nr H237. Wojciech Januszewicz ma na swoim koncie trzy zestrzelone samoloty niemieckie. Został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, trzykrotnie Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Pilota. |