"Skrzydła", Nr 127/613, Władysław Kamiński
AS WYWIADU - X PAWILON...
Do Stanisława S.,
właściwie nie ma sensu żebym ukrywał pod literką jego nazwisko, bo i tak połowa
czytających
zorientowałaby się o kogo chodzi. A więc, do Staszka Skalskiego miałem szczególne szczęście. W okresie dwuletniego pobytu na Mokotowie spotkałem go aż trzy razy. Poznaliśmy się na X Pawilonie, później dzieliliśmy wspólną celę, nawet spaliśmy pod jednym kocem na Ogólniaku i wreszcie jedną więźniarką transportowano nas do Rawicza. Każde ponowne złączenie naszych losów, to po prostu przypadek, jak na panujący ówcześnie styl więziennego życia, raczej niecodzienny. Dzięki temu jednak miałem możność i czas poznać jego równie bohaterski, co tragiczny życiorys. Mam wrażenie, że przedoraz wojenne dzieje jego życia są dosyć znane. Toteż ograniczę się do niemal telegraficznego ich przypomnienia. Więcej natomiast miejsca poświęcę tej nieznanej karcie jego życiorysu więziennej.
Tuż przed wojną ukończył sławną Szkołę Orląt w Dęblinie. W stopniu podporucznika dostał przydział do 4 pułku lotniczego w Toruniu. Już w czasie krótkiej i tragicznej polskiej kampanii wrześniowej pokazał lwi pazur. Zestrzelił 5 niemieckich samolotów. A gdzie przecież pod względem technicznym było naszym myśliwskim samolotom do niemieckich "Messerschmitów"! I wolniejsze, i słabiej uzbrojone.
Niestety walki trwały krótko,
ogromnie krótko jak na jego młodzieńczy zapał. Podobnie jak wielu innych
lotników przedostaje się w końcu września do Rumunii. Unika internowania.
Przebiera się w cywilne ubranie i rusza do Konstancy. Tu, wraz z 700 innymi
żołnierzami polskimi, ładuje się na specjalnie wynajętą prywatną łajbę. Jak na
tonaż stateczku jest tych pasażerów za dużo. Kapitan, stary wyga, wciąga na
maszt coraz inną flagę w zależności koło czyjego brzegu płynie. Szczęśliwie
dobijają do Bejrutu, a stąd już bez przeszkód do Marsylii, w listopadzie 1939
roku. We Francji organizuje się Polskie Wojsko, lotnictwo oczywiście też.
Staszek we Francji przebywa krótko.
Na zasadzie umowy między gen. Sikorskim a rządem Jego Królewskiej Mości część polskich pilotów, przede wszystkim najmłodszych, ma się szkolić w Anglii. Wśród tej grupy znalazł się i on, już w końcu stycznia 1940 roku. W lipcu wchodzi do akcji, krótko w 501 Dywizjonie angielskim, a później w dywizjonach polskich.
Bitwa o Anglię. Z dnia na dzień rośnie sława polskich lotników. Mówi się o nich w pubach i na ulicach, pisze w gazetach. Jedno z najczęściej wymienianych imion, to Staszek Skalski. Echa jego bojowych wyczynów docierają i do umęczonej Polski. Iluż młodych chłopców marzy, żeby pójść w jego ślady, żeby móc otwarcie, w mundurze walczyć ze znienawidzionym najeźdźcą. Iluż w dowód podziwu, od jego nazwiska przybiera pseudonimy.
A on tam,
pod angielskim niebem, walczy za Anglię i za Polskę, bo ze wspólnym wrogiem. Po
kilka razy dzienne startuje do powietrznej walki. Zwiększa osiągnięcia własne i
całego polskiego lotnictwa. Kiedy nad Anglią robi się spokojniej, leci walczyć
pod niebem Afryki. Po dobiciu Niemców w Afryce wraca do Europy, pod niebo
Normandii, Belgii, Holandii już jako dowódca "wingu" (skrzydła), w stopniu
majora (w nomenklaturze angielskiej - podpułkownik). W sumie 28 zestrzelonych
niemieckich samolotów, największa liczba zestrzałów ze
wszystkich polskich lotników w RAF-ie. I w dowód uznania
pełna pierś bojowych orderów: m.in.: Złoty i Srebrny Krzyż Virtuti Militari,
4-krotny Krzyż Walecznych - z polskich, a z angielskich - DSO i DFC z dwoma
okuciami. Niewielu lotników może się tym poszczycić.
Kończy się wojna. Demobilizacja. Większość polskich lotników szuka sobie miejsca w życiu. Jedni starają się jakoś urządzić w Anglii, inni szukają szczęścia w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, a nawet w Australii i w Południowej Afryce. On, jako niesłychanie popularny tak w Anglii, jak i w Stanach Zjednoczonych, mógłby tam znaleźć, zajęcie i to pewnie nie najgorsze, ale nie chce. Uważa, że jego miejsce jest w Polsce, w Polsce która z trudem dźwiga się z ruin. Jego obowiązkiem jest przyczynić się do tego podźwignięcia. W czerwcu 1947 roku ląduje na gdyńskim nabrzeżu portowym. Witany jest z honorami, jako bohater polskich skrzydeł. Miesiąc odpoczynku i do pracy, w polskim lotnictwie, jako inspektor techniki pilotażu, w stopniu majora.
Niedługo jednak mjr Skalski szkolił młodych pilotów w odrodzonym Wojsku Polskim.
... Wczesnym popołudniem, 4 czerwca 1949 r. Mojra (żona Śliwińskiego) zadzwoniła i raczej oburzonym niż przestraszonym głosem powiedziała: "Staszek, Władek nie wrócił na noc i do ta pora go nie ma. Co się mogło stać?"
- Próbowałem
ją uspokoić - opowiadał mi Skalski -że na pewno coś go gdzieś zatrzymało.
Ona jednak swoje. Oznajmiłem jej, że wieczorkiem do nich wpadnę. Jeśli
Władek jeszcze nie wróci, to zastanowimy się, co robić. Muszę tu nadmienić, że
Władek Sliwiński służył w moim "wingu". W tym czasie poznał Mojrę. Traktowała
mnie trochę jak opiekuna. Pojechałem do niej razem z Hanką (Hanna R., narzeczona
Staszka - przyp. St.K.). Już nie wyszliśmy stamtąd do domu, ani ja, ani Hańka.
Oboje wylądowaliśmy najpierw w MBP, a stąd na Dziesiątce. Okazało się, że Władek
został aresztowany. U niego w domu urządzono kocioł.
- Wiesz chyba, co to znaczy - wpuszczano każdego, ale już nie wypuszczano. Mojra jeszcze wcześniej zamówiła do dziecka lekarza, przyszedł i też siedział 3 tygodnie. Tyle czasu bowiem trzymano kocioł. Ile tam ludzi pod koniec siedziało. Spali pokotem na podłodze. Oficerowie MBP robili zakupy, odbierali telefony, grzecznie zapraszając w imieniu gospodarza. Otwierali drzwi. Tak znalazła się tam Judy, Szwajcarka, żona Zdziśka Radomskiego, też lotnika z mojego "wingu". Wracała od rodziny ze Szwajcarii. Zaraz z lotniska wysłała depeszę do męża, do Poznania, że zatrzyma się u Mojry, żeby po nią przyjechał. No i Zdzicho przyjechał z bratem. Z lotniska zadzwonił, żeby sprawdzić czy Judy jest. Telefon oczywiście odebrał nasz anioł stróż. Zdzichowi wydało się to dziwne, że słuchawki nie podniósł ani Władek, ani Mojra.
- Władka nie ma? - zapytał.
- Nie, wyszedł na miasto - odpowiedział anioł stróż.
- To poproszę Mojrę.
- Zajęta akurat przy dziecku.
- A moja żona jest?
- Tak, czeka, niech pan przyjeżdża.
Zdzicho wyczuł pismo nosem. Podjechał wprawdzie taksówką, ale tylko po to, żeby przez jakiś czas pokrążyć wokół mieszkania Władka i poobserwować je. Niewiele mu to pomogło. Zatrzymano go na lotnisku podczas odprawy do samolotu. Aresztowano go razem z bratem i na X Pawilon ...
Jak wynikało z
dalszego opowiadania Staszka, z tej gromady ludzi, którzy mniej lub bardziej
przypadkowo znaleźli się w mieszkaniu na Filtrowej podczas kotła, wszyscy, z
wyjątkiem takich osób jak np. lekarz, co to od razu było wiadomo w jakim celu
przyszli, wylądowali w więzieniu. Każdy bowiem znajomy Śliwińskiego był
podejrzany. Aresztowano zresztą nie tylko tych, co wpadli do kotła. Do sprawy
Śliwińskiego aresztowano kilkunastu oficerów Polskiego Lotnictwa na Zachodzie.
Zdejmowano ich z całego kraju. Ja sam na Dziesiątce bądź na Ogólniaku zetknąłem
się z pięcioma: ppłk Tadeusz Nowierski (z Krakowa), kpt. Jan Pacholczyk (z
Warszawy), kpt. Władysław Kamiński (z Poznania), kpt. Zdzisław Radomski (z
Poznania), no i mjr Stanisław Skalski (z Warszawy). Z wyjątkiem Śliwińskiego
wszyscy zostali skazani niewinnie i po październiku w pełni uniewolnieni i
zrehabilitowani.
Co do Władysława Śliwińskiego udowodniono mu, że był rezydentem wywiadu angielskiego Intelligence Service i St. Zjednoczonych (on sam mówił, iż działał na rzecz Londyńskiego Rządu Polskiego), że do kraju wrócił z zadaniem zorganizowania siatki szpiegowskiej. Na jaką skalę podczas krótkiego zresztą pobytu w Polsce rozwinął swoją szpiegowską misję - nie wiem. W każdym razie z wymienionych tu, znanych mi pięciu lotników, żaden z nim nie współpracował. Co więcej, żadnego - jak to stwierdzali - on sam do współpracy nie nakłaniał. Wręcz przeciwnie, swoją robotę ukrywał przed nimi.
Sliwiński skazany został na karę śmierci. Wyrok wykonano.
... W chwili aresztowania i przez długi zresztą czas nie orientowałem się - opowiadał mi Skalski - że Władek pełnił misję szpiegowską. Dla mnie był to kolega, współtowarzysz walki i z tych powodów utrzymywałem z nim przyjacielskie stosunki. Z tych samych względów zaglądali tam i inni lotnicy. Tym
bardziej że Śliwińscy mieli - jak na owe czasy - ładne mieszkanie, a Mojra była uroczą gospodynią i z takim wdziękiem usiłowała mówić po polsku. Byłem więc pewien, że to jakaś pomyłka, że zostanę wypuszczony. Szybko jednak moje nadzieje zostały rozwiane. Już następnego dnia po przywiezieniu do MBP na Koszykowej stanąłem przed obliczem samego płk. Różańskiego.
- Nie róbcie zdziwionej miny, wiemy, że jesteście rezydentem wywiadu amerykańskiego. Dla waszego dobra radzę wam mówić prawdę. My umiemy szczerość ocenić ...
Zmiejsca zaczął mnie wypytywać o jakiegoś płk. z MBP, Artura Jastrzębskiego. Jak się później zorientowałem, podejrzewano go, iż jest moją wtyczką w MBP. Wtedy odpowiedziałem, że owszem znam go służbowo, ale żadnych kontaktów z nim nie utrzymuję, bo dla mnie pułkownicy MBP, to nie oficerowie. Usłyszałem: "Ty skurwysynu, jeszcze się przekonasz, kto tu oficer".
I rzeczywiście przekonywali mnie ... Pięścią, kopniakami, drutem po nogach, stójkami, karcerem. Na zmianę, przez kilka miesięcy, z przerwami na odzyskanie sił. Ciągle jedno i to samo: mówcie o swojej działalności szpiegowskiej, kto z oficerów dostarczał wam informacje, komu je przekazywaliście ... Już nie miałem siły zaprzeczać. Raz pamiętam, na jedno z takich pytań odpowiedziałem najspokojniej w świecie: pocałujcie mnie w dupę... Pocałowali mnie kopniakami, ale na jakiś czas miałem spokój.
... Trudno w to uwierzyć, ale w ciągu tego wielomiesięcznego śledztwa, najbardziej chyba oberwałem za dowcip. Tak z powodu najzwyczajniejszego w świecie dowcipu. W toku rewizji zabrano mi m.in. mój notes, mały niebieski notesik, jeszcze z Anglii. Na jednej ze stron, w części "notatki osobiste" zapisałem trzy słowa, a ściślej imiona: Lars, Larsen, Larsoden. Boże, jakie ja za te imiona dostałem lanie. "Gadaj jacy to agenci? Kto się za tymi pseudonimami kryje?". Tłumaczyłem, że to dowcip. Wyjaśniłem, na czym polega. Otóż do Czechosłowacji przyjechało 3 Szwedów: Lars, Larsen, Larsoden. Zakochali się w trzech uroczych Czeszkach i postanowili zostać. Żeby im się swobodniej w nowej ojczyźnie żyło, umyślili zmienić nazwiska. Poszli z tym do urzędnika stanu cywilnego. Ten: po co wam zmieniać, wystarczy czytać odwrotnie, od tyłu i będzie rdzennie po czesku. Jak to? Proste. Ty jesteś Lars będziesz Sral, ty
Larsen - Nesral, ty Larsoden - Nedosral. Bardzo mi się ów dowcip podobał i żeby go nie zapomnieć, zapisałem imiona. A mój śledczy swoje: "Gadaj, skurwysynu, co to za agenci" i w mordę ..
Rozprawę miał Staszek Skalski po prawie
dwóch latach śledztwa. W więzieniu, w celi, na kiblu - nazwa stąd, że oskarżony
z braku miejsca często siedział w rogu celi, właśnie na kiblu.
...
Pamiętam, był akurat Wielki Piątek - mówił Skalski. - Jak mnie wywoływali z celi, akurat oddziałowy wydawał obiad. Zdążyłem go wziąć, ale nie zdążyłem zjeść. "Prędzej, prędzej", ponaglał strażnik. Nawet nie wiedziałem, że idę na swój proces. Wróciłem, to jeszcze zupa była ciepława. Dokończyłem jeść. Ile więc mógł trwać cały proces - pół godziny maksimum. Sądził mnie mjr Widaj. Do niczego w śledztwie, jak i na rozprawie się nie przyznałem. Jedyny świadek, jakiego wezwano -Władysław Śliwiński - też zaprzeczył abym przekazywał mu jakieś wiadomości lub orientował się w jego szpiegowskiej działalności...
Mimo to ogłoszony wyrok brzmiał: "Sąd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uznaje Stanisława Skalskiego, byłego majora WP, za winnego działalności szpiegowskiej na rzecz Anglii i St. Zjednoczonych i za to skazuje go na - karę śmierci...
Widocznie nawet tacy "specjaliści" od prawa, jak wysocy funkcjonariusze wszechwładnego MBP uznali, że z tą karą śmierci to trochę przeholowali, bo w jakiś czas po ich orzeczeniu raz i drugi poszczególni oficerowie wzywali Skalskiego i niby to z życzliwości nakłaniali, aby napisał prośbę o łaskę. On odpowiadał: "Jak wam pozwoliło sumienie skazać mnie na karę śmierci, to niech wam pozwoli i na jej wykonanie. Ja was o łaskę prosić nie będę". Został jednak ułaskawiony, na dożywocie. Prośbę napisała matka. Wyszedł z więzienia po październiku (1955 r.), zrehabilitowany i uniewinniony.