Pierwsze kroki - Leszek Bisanz
"Skrzydła" Nr 140/626
Loty w OTU (Operational Training Unit) zakończone. Podekscytowani czekamy na przydział do dywizjonów myśliwskich.
Wyboru zasadniczo nie ma i zastanawiamy się jakie kryteria decydują w jakiej jednostce i na jakich maszynach będziemy latali. Jako piloci bojowi mieliśmy okazje dorwać się do znienawidzonego Szkopa.
Poprzedni wieczór spędziliśmy w kasynie, omawiając zalety maszyn, na których będziemy latali: "Spitfire'y", w które wyposażone są Dywizjony 302, 303, 308 i 317 lub Mustangi Dywizjonów 306, 309, 315 i 316. Te drugie są szybsze i lepiej uzbrojone, ale pierwsze to stare i wypróbowane samoloty, rasowe i, co najważniejsze, nie trzeba będzie przechodzić przeszkolenia. Ostatecznie, jeżeli chodzi o Dywizjon, to już obojętnie jakie żeby tylko jak najszybciej!
Gorączkowe ranne czynności: golenie się, prysznic, śniadanie i krótka jazda do Dispersalu.
Czekamy na dowódcę kursu. Dużo gadania, spekulacji. Wchodzi kapitan Mach. Zapada cisza, słychać latająca koło okna much.
- Przydziały panów odczytam według alfabetu - mówi Mach. - Ci, którzy otrzymają przydział na Mustangi, zgłoszą się na lotnisku,
gdzie przejdą krótkie przeszkolenie. Reszta, to znaczy ci na Spitfire'y, prosto do jednostek.
Serce wali jak młot. Przede mną jest tylko Tosiek Bardecki. Myśli przelatują przez głowę z szalona szybkością. Szybciej, przecież wojna się kończy, a my nie mieliśmy okazji odpłacić Szwabom za wszystkie krzywdy.
- Bardecki Antoni, Dywizjon 316, Bisanz Leszek, Dywizjon 303.
Nie słucham dalszych przydziałów. Nic mnie nie obchodzą. Myślami jestem już w Spitfire Mk IX, w tym najsławniejszym z polskich dywizjonów, mającym na swym koncie najwięcej zestrzeleń spośród alianckich jednostek. Ciężko będzie - zdaję sobie sprawę, młodemu i niedoświadczonemu pilotowi w takim dywizjonie, w którym są same asy. Oby tylko nie nawalić, nie zawstydzić siebie i podtrzymać zdobytą przez dywizjon sławę.
Po krótkim urlopie zjawiam się wraz z J. Kmiecikiem (Szkot) na stacji RAF Westhamp-net. Lokujemy się w przydzielonej nam "beczce śmiechu", w pokoiku na dwóch. Umeblowanie skromne: dwa żelazne łóżka, dwie szafki, dwa krzesła i mały stolik. Więcej zresztą nie potrzeba, bo prócz trzech mundurów i bielizny nic nie mamy. Łazienka w drugiej "beczce", w której rząd umywalek i pryszniców używany jest przez 12-18 pilotów. Woda, jak zwykle, ledwie letnia, a w "beczce" z jakiegoś powodu znaczniej zimniej, niż na zewnątrz, gdzie pogoda wrześniowa niespecjalnie ciepła.
Stawiamy się w Dispersalu Dywizjonu. Witają nas starzy, piloci bojowi. Przyjemne chłopaki, niewiele starsi od nas. Oczekujemy przybycia dowódcy Dywizjonu, kpt. pil. Tadeusza Koca. Wiemy już, że świetny to pilot, surowy i bezwzględny przełożony.
Przyjechał. Niewysoki, szczupły, wcale nie wygląda tak groźnie, jak mówiono. Bajki nam opowiadano, aby po prostu wystraszyć nowych przybyszów.
Przywitał się z nami - było nas czterech. Ostrzegł, że nie pozwoli na jakiekolwiek łamanie dyscypliny, szczególnie w lataniu i że tych, którzy nie będą się nadawać, odeśle bez pardonu do Ośrodka Zaopatrzeniowego. Każdy nowy pilot poleci z jednym ze starszych na tak zwany dog fight i tail chase dla oceny jego zdolności i orientacji.
Tyle przeszkód, zastrzeżeń, tyle marnowania czasu. Kiedy zaczniemy latać bojowo? Przecież wojna się kończy!
- Bisanz, polecisz z chorążym Ruteckim.
Alek Rutecki, którego poznałem poprzedniego dnia w kasynie, pilot jeszcze z Polski, brał udział w Battle of Britain. Duże chłopisko, wydał mi się sympatyczny.
Wsiadamy do maszyn, uprzednio zagrzanych przez mechaników. Start w szyku, trzymam się i postanawiam nie odejść nawet na dwie stopy.
Nabraliśmy wysokości. Białe obłoczki jak kłębki waty, włóczą się pod nami. Wspaniałe uczucie, między ziemia a niebem. Żeby tylko zjawił się jaki Szkop, a może dwóch lub trzech! Przecież maszyny uzbrojone: dwa 20-milimetrowe działka i cztery karabiny maszynowe w każdej chwili gotowe do użytku. A był przecież wypadek, że właśnie w czasie takiego lotu ćwiczebnego tak się wydarzyło. Dlaczego mnie nie może się na przykład coś takiego przytrafić?
A cóż to?! Gdzie Alek?! Patrzę w dół w bok i widzę jego maszynę nurkującą ostro w lewo.Rzucam samolot raptownie, wrzepiam gaz. Myśli przelatują błyskawicznie:
- Uważaj, baranie! Patrz, bo ucieknie i jak będziesz wyglądał?!
Wprawdzie to tylko ułamek sekundy, może nie zauważy i wszystko będzie w porządku. Dogoniłem go i trzymam się teraz jak przysłowiowy rzep psiego ogona.
Poniewierał mną po niebie, aż mnie poty oblewały. Nie dałem się jednak zgubić i po godzinnym locie wróciliśmy do bazy.
Wyłączyłem silnik, odpiąłem pasy i siedzę w maszynie.
- Czy coś nie w porządku? - pyta troskliwie mechanik.
- Wszystko OK - odpowiadam. Sprawdziłem czy wszystkie kontakty wyłączone. Wydaje mi się, że coś kabel od radia nie bardzo jakoś.
Przecież nie mogę powiedzieć, że nogi się trzęsą i po prostu muszę przyjść do siebie.
Zeskoczyłem na ziemię. Spitfire wprawdzie niski, tylko jakieś dwie stopy, a mimo to nogi się pode mną ugięły.
W tym momencie podchodzi Alek i zapytuje jak się czuję i jakie są moje wrażenia. Staram się zorientować co oznacza jego mina, odgadnąć jego myśli, gdyż boję się pytań.
- Spociłeś się? - pyta.
- A tak, trochę gorąco, ale teraz już dobrze - udaję bohatera, a nogi dalej słabe.
- No, nieźle było. Potem chyba trochę się zagapiłeś?
- Tak właśnie było. Akurat spojrzałem w drugą stronę - odpowiadam.
Widzę, że jest ze mnie zadowolony, bo na drugi dzień rano nazwisko moje zostaje wpisane u "wodza" jako number dwa (jego Boczny). Alek tymczasem przypomina mi:
- Trzymaj się mocno jego skrzydła, nie zwracaj na nic uwagi, tylko pilnuj swej pozycji.
Dywizjon wystartował i wziął kurs na Holandię. Wpatrzony w skrzydło prowadzącego, nic innego nie widzę. Kilka skrętów całym dywizjonem, wyrzucamy zapasowe zbiorniki i po dwóch godzinach i trzydziestu minutach wracamy do bazy.
"Inteligentny" odbiera raporty od poszczególnych pilotów. Naturalnie zaczyna od wodza. Słucham. Mówi, że bombowce spotkaliśmy jak było umówione. Bardzo silny był flak nad celem i dywizjon musiał odlecieć na bok, ale w powietrzu nieprzyjaciel się nie pokazał.
Siedzimy i popijamy rum lub też świeże mleko - co kto woli - które wydziela "Inteligentny".
Łapię uchem fragmenty toczących się dokoła rozmów: "Jak to ten flak"... "Widziałeś jak ten bombowiec..." "Lancaster dostał i jak z niego wyskakiwali. Tylko pięciu, widocznie dwóch nie mogło, czy nie zdążyło"...
Zapadam głęboko w fotel i proszę Boga, żeby tylko nikt mnie o nic nie pytał. No, bo cóż? Powiem, że wszystko, co widziałem, to był samolot dowódcy dywizjonu?
Jakie tam bombowce, przecież oprócz kilku naszych maszyn, które widziałem, nic się więcej nie działo.
Po skończonej odprawie kapitan Koc zwraca się do mnie:
- No nieźle mnie chroniłeś i tak trzymaj się zawsze, a będzie wszystko w porządku.
Nie przyznałem się, że właściwie nic nie widziałem. Nawet później w kasynie, kiedy oblewaliśmy pierwszy lot bojowy i piliśmy bruderszafty.
Przyszedł następny lot, w którym czułem się już pewniejszy i widziałem co się dzieje nie tylko w powietrzu, ale i na ziemi.
Po kilkunastu lotach zostałem wyznaczony do prowadzenia sekcji. Moim bocznym był jeden z nowo przybyłych pilotów. Obserwowałem go po powrocie z lotu. Nadrabiał miną i był bardzo spokojny. Zrozumiałem wtedy, że stare wygi dobrze zdawały sobie sprawę jak się czuje taki nowy pilot i po prostu dlatego żaden z nich nie zapytał po tym pierwszym locie co widziałem.
Wiedzieli dobrze, bo sami też to przeszli!...