"Skrzydła" Nr 10/436, 1944 rok.
Bitwa o Changteh
Rzeka Yuan Kiang bierze swój początek w prowincji Kweichow w południowych Chinach, wijącsię pomiędzy skalistymi i dzikimi górami ; przybiera po drodze mnóstwo mniejszych i większych dopływów po swej lewej i prawej stronie. Rzeka ta stanowi odwieczną drogę komunikacji wodnej Chińczyków, których łódki z lotu ptaka wyglądają jak zabawki dziecinne. Łódek jest mnóstwo, niektóre z nich mają rozwinięte żagle, mocno podziurawione ze starości o płótno w Chinach obecnie jest trudno.
Chińczycy lub Chinki, ubrani w krótkie ledwo zakrywające połowę łydek spodnie, stoją w łódkach, wiosłują lub wprost popędzają łódki przy pomocy długiego kilkunasto metrowego bambusu. Przed prażącymi promieniami słońca używają dużych plecionych z bambusu kapeluszy, w których wyglądają jak ruszające się grzybki. Nieraz na łódce znajduje się cała rodzina. Śpią tam, gotują sobie żywność, płynąc czasami setki mil; łódka wówczas stanowi dla nich własny dom. Łódki płyną wolno, Chińczykom nie spieszy się zbytnio, mają oni dużo czasu. Czasami widzi się łódki wyładowane jarzynami, ryżem, drzewem, ludźmi, kamieniem budulcowym, czasami płyną zupełnie puste z sieciami do łowienia ryb.
Wieczorem, kiedy zapadnie cicha chłodna noc, słychać tylko na rzece plusk wioseł, migają światełka lampek naftowych na łódkach, czasami słychać gardłowy monotonny, podobny do miauczenia kota, śpiew. Chińczyk lubi śpiewać i śpiewa często, ale czy to jest ta sama zawsze piosenka, czy się ona zmienia, trudno jest rozeznać ; trzeba byłoby spytać o to samych Chińczyków, ucho bowiem człowieka z zachodu nie rozróżni tego. Bardzo często do śpiewu gra na instrumencie o jednej strunie rozciągniętej na patyku bambusowym. Całe szczęście jeżeli muzykant płynie łódką, gorzej jest jeżeli taki delikwent miądzi w nocy pod oknem, co mi często zdarzało się na naszym lotnisku. Melodia wygrywana na takim instrumencie podobna jest do skrzypiących drzwi, otwieranych bez przerwy przez kilka godzin. Próbowałem raz takiemu muzykantowi wytłumaczyć, ażeby nie wygrywał pod moim oknem, a w szczególności w nocy. Chińczyk zrozumiał szybko, uśmiechnął się i następnego wieczora nie grał pod tym samym oknem przesunął się o metr dalej, dopiero go odzwyczaił Amerykanin, wylewając na niego wiadro wody. Mały Chińczyk bynajmniej nie wziął mu tego za złe, nie obraził się, ale znowu powrócił pod moje okno.
Rzeką Yuan Kiang płyną Chińczycy do rozległych jezior Tung Ting, z których mogą dostać się znowu na inne rzeki, rozchodzące się w różnych kierunkach. Kilkanaście mil na wschód od jezior Tung Ting znajduje się stare miasto Changteh, którego południowa część opiera się o lewy brzeg rzeki Yuan Kiang. Changteh liczyło jeszcze w październiku 1943 roku około 160.000 ludności, obecnie nie wiadomo jak się ta kwestia przedstawia, całe miasto bowiem leży w rumach po krwawych walkach w listopadzie i grudniu 1943 r.
Bitwa o Changteh niewątpliwie była najwięcej krwawa w obecnej wojnie chińsko - japoń skiej, można byłoby ją przyrównać tylko do bitwy o Shanghaj lub Taierchang, jak opowiadają świadkowie, będący na kilku odcinkach frontu. Obecnie zaledwie kilka budynków posiada dachy w Changteh. Budynki te należą do katolickiej Misji Hiszpańskiej, a zostały ocalone tylko dlatego, że stały one nieco na uboczu od toczącej się walki.
Ludność chińska przed samą walką ewakuowała się, kryjąc się w sąsiednich górach lub wioskach. Natomiast Katolicka Misja Hiszpańska pozostała na miejscu. Japończycy po wejściu do miasta obrabowali wszystkie sklepiki i domy chińskie, nie oszczędzili nawet Misji Hiszpańskiej.59-cio letniego biskupa Gerardo Merrero oraz zakonne siostry pobili japońscy żołnierze, zabrali cale zapasy ryżu, srebro stołowe, ornat biskupi oraz jego biskupi pierścień. W okolicznych wioskach Japończycy gwałcili kobiety, rozstrzeliwali młodych Chińczyków, a nawet starców i dzieci. Ryż zrabowany, jeśli nie mogli zabrać ze sobą, palili lub wrzucali do ustępów.
Walki o samo miasto trwały dwadzieścia dni, z tego dwanaście dni biły się wojska chińskie z Japończykami, pięć dni trwała okupacja przez Japończyków i trzy dni znowu walczono, aż wreszcie miasto dostało się z powrotem w ręce wojsk chińskich. Niektóre domy były zrównane z ziemią ; zniszczenia były dokonane głównie przez artylerię polową obu stron, oraz bombardowaniem przez lotnictwo japońskie, amerykańskie i chińskie. Walki uliczne Japończyków z Chińczykami były bardzo zaciekłe, każda ulica i każda pozycja ma swoją własną historię. W siódmym dniu ulicznych walk w południowej części miasta, przylegającej do rzeki Yuan Kiang, żołnierze chińscy, nie mając dostatecznej ilości amunicji, walczyli przy pomocy bambusów i lanc. Około stu chińskich żołnierzy zamknęło się do pięćset lat s t a r ej wieży -dzwonnicy i tam bronili się tak długo, aż artyleria japońska z dość bliskiej odległości nie rozbiła doszczętnie wieży. Jeden z pułków artylerii, nie mając artyleryjskiej amunicji, walczył jako piechota, przy zachodniej bramie miasta stracił swojego zastępcę, dowódcę dy wiz j onu i wszystkich dowódców baterii. W samym mieście z otoczonej 5-tej chińskiej dywizji zginęło 3.000 żołnierzy, nie licząc strat poniesionych przez tą dywizję w poprzednich walkach. 51-sza dywizja należała, pod względem wyszkolenia i ekwipunku, do jednej z najlepszych.
Podczas walk ziemnych amerykański dywizjon myśliwski, z którym latałem, brał udział przez cały czas bitwy od początku aż do końca, wykonując po kilka lotów bojowych dziennie. Głównie atakowaliśmy japońską kawalerię i piechotę, ostrzeliwując ją z karabinów maszynowych lub bombardując z lotu nurkowego i koszącego. Naogół należy stwierdzić, że wojska japońskie doskonale maskowały się i trudno je było odnaleźć. O wiele łatwiej można było wykryć kawalerię - często same tylko konie. Przyznam szczerze, że ostrzeliwanie niewinnych zwierząt nie należało do przyjemności. Osłanialiśmy również bombowce amerykańskie typu B-24 i B-25. Bardzo ciekawe, chociaż niebezpieczne, były loty na zrzucanie amunicji i żywności z samolotów myśliwskich dla otoczonej 51-szej dywizji chińskiej. Loty te polegały na tem, że zamiast dodatkowych zbiorników z benzyną mieliśmy podczepiane zbiorniki z amunicją lub żywnością. Zbiorniki te zrzucaliśmy z wysokości tuż nad ziemią. Lot taki był dlatego bardzo niebezpieczny, że musieliśmy zrzucać żywność i amunicję dokładnie na poszczególne uliczki, gdyż w jednej części miasta byli Chińczycy, a w drugiej Japończycy. Poza tym dookoła było pełno wojska japońskiego, intensywnie ostrzeliwującego nas z karabinów maszynowych. Naturalnie dziur w samolotach po wylądowaniu było sporo.
Sam dolot pod względem nawigacji nie był rzeczą trudną, miasto Changteh paliło się, dym był już widoczny przynajmniej z odległości trzydziestu mil, tym bardziej że wiele innych wiosek paliło się w okolicy. Nad samym miastem dym przeszkadzał, łatwo było o zderzenie się, a skok ze spadochronem z wysokości dwóch czy trzech yardów był wątpliwy. Jednego dnia wpadliśmy całym dywizjonem w dym, rozpościerający się nisko nad miastem. Sytuację pogarszała mgła. Nagle spostrzegłem tuż pod swym lewym skrzydłem drugie skrzydło. Nie mogłem zrobić uniku, gdyż po prawej swojej strome miałem jeszcze innych sąsiadów. Nie wierzyłem dotychczas, że tak szybko można się skończyć. Gdzie upadł mój zbiornik z amunicją, tego nie wiem. Po zrzuceniu amunicji zawracaliśmy zwykle i ostrzeliwaliśmy wojska japońskie, otaczające miasto Changteh.
Myśliwcy Japońscy kilkakrotnie atakowali nas nad miastem ; zawsze było ich przynajmniej dwa razy więcej niż nas. Zawsze jednak udało się nam wymknąć po wykonaniu zadania. Japończycy próbowali nas atakować na naszym lotnisku, co im się częściowo udało, lecz stracili w jednym locie nad naszym lotniskiem raz pięć samolotów a w drugim piętnaście, pomimo przewagi ilościowej, j aką mieli. Myśmy stracili tylko dwóch pilotów.
Trzeba przyznać jednak, że lotnicy japońscy są bardzo brawurowi, dobrze są trenowani, latają świetnie w szykach. Dobrze strzelają z poprawką... bo jak jeden z amerykańskich pilotów powiedział - nie zawsze trafiają. Nie umieją walczyć specjalnie w zespole i łatwo gubią się. Nie należy ich jednak lekceważyć jako przeciwników w powietrzu.
Witold A. Urbanowicz.