Pierwsze zwycięstwo
J.B Cynk,Skrzydła Nr 141/627
Książka "First Kill"
obejmująca młodzieńcze i wojenne wspomnienia Władysława Gnysia, spisane przez
jego żonę Ba
rbarę, oraz studium historyczne jego pierwszej walki opracowane przez Jerzego B. Cynka, wzbudziła międzynarodowe zainteresowanie jej bohaterem. Na wystawie "Poland Invaded" na lotniskowcu-muzeum "Interpid" w Nowym Jorku, zorganizowanej w 1989 r., w 50 rocznicę wybuchu wojny, Michał J. Dobrzelecki przypomniał Amerykanom o zestrzeleniu przez Gnysia dwóch niemieckich bombowców l września rano, co stało się pierwszym polskim i alianckim zwycięstwem powietrznym nad Luftwaffe w II wojnie światowej .
Okoliczności te zachęciły znanego amerykańskiego malarza batalistyki lotniczej Roya Grinnella do uwiecznienia tego epizodu wojennego o wielkim znaczeniu historycznym na swoim obrazie. Doradca artysty, amerykański historyk lotniczy James F. Lansdale, odbył wywiady z Gnysiem oraz konsultacje z autorem niniejszego artykułu, które pozwoliły mu na sporządzenie koncepcyjnego szkicu walki. Szkic posłużył artyście za podstawę do wykonania obrazu, który w formie dużych druków (64x42 cm) oraz kartek pocztowych wchodzi obecnie do sprzedaży na rynkach w Ameryce i Europie. Obraz robi duże wrażenie i dobrze oddaje atmosferę porannej, samotnej walki Gnysia. Jednak ze względu na nieporozumienie, częściowo widoczny przed statecznikiem poziomym numer seryjny polskiego myśliwca, zaczynający się od cyfry 8, oznaczającej typ P.lic, został namalowany czarnym, zamiast białym kolorem. Na odwrocie pocztówki, przy opisie walki, również niewłaściwie podano kaliber k-mów P.l1c jako 7.7 mm, zamiast 7.92 mm. Nie dyskwalifikuje to oczywiście obrazu, ale gwoli ścisłości historycznej należy o tym wspomnieć.
Dnia 1 września 1939 r. o świcie krakowskie lotnisko Rakowice, będące pokojową bazą 2 p.lotn., stało się przedmiotem najcięższego ataku Luftwaffe, głównie ze względu na warunki atmosferyczne. Mgła i całkowite zachmurzenie o niskiej podstawie nad północnymi, zachodnimi i centralnymi terenami Polski uziemiły
wiele jednostek lotniczych napastnika prawie do południa. Jedynie nad południowy częścią kraju pogoda była lepsza i wysłane przed świtem rozpoznanie 4 Floty Powietrznej stwierdziło dobrą widoczność w rejonie Krakowa i zameldowało, że lotnisko Rakowice "jest czynne". Oczekującym na starcie bombowcom 4 Floty zmieniono więc w ostatniej chwili rozkazy, wyznaczając Kraków jako główny cel porannego nalotu, w którym ostatecznie wzięło udział ok. 150 samolotów.
Dwa dywizjony He 111P, I./ i III./KG 43 stacjonujące na lotnisku bojowym Langenau (Długopole k. Bystrzycy Kłodzkiej), pierwsze poderwały się z ziemi około godz. 4.30. W powietrzu dołączyła do nich eskorta pościgowych Bf 110 z dyw. I./ZG 76. Heinkle rozpoczęły bombardowanie Krakowa o godz. 5.20, zrzucając na Rakowice 48 ton bomb. Następny falę wielkiej wyprawy stanowiły bombowce nurkowe Ju 87B z dyw. I.StG 2 "Immelmann", operujące z lotniska Nieder-Ellguth (Ligota Dolna) u podnóża Góry Św. Anny. Junkersy nie były przystosowane do lotów na ślepo i podczas przebijania się formacji (klucz dowodzenia i dwie eskadry) przez chmury, jedna eskadra zgubiła się po drodze. Idące po poprawnym kursie nurkowce dokonały precyzyjnego bombardowania indywidualnych obiektów lotniska. Końcowy fazę ataku o godz. 5.45 przeprowadziły Do 17M i 17E dyw. I./ i III./KG 77, z lotniska w Brzegu, dopełniając zniszczenia z lotu koszącego , z wysokości zaledwie ok. 50 m. Kilka Dornierów poniosło drobne uszkodzenia od odłamków własnych bomb, wybuchających pod nimi.
Tymczasem zagubiona eskadra Ju 87 pominęła Kraków od północy, zbliżając się do ujścia Sanu i po zorientowaniu się w terenie, zawróciła na zachód, odnajdując wyznaczony cel z 45 min. opóźnieniem. Meldunki polskie odnotowały drugi nalot na Kraków o godz. 6.14. Celowanie ostatnim nurkowcom utrudniały pożary i dymy wcześniejszego bombardowania. Rakowice zostały obezwładnione. Zniszczeniu uległy zabudowania i instalacje lotniska oraz około 30 samolotów będących w remoncie i
szkolnictwie, ale sprawnych maszyn bojowych wśród nich nie było.
Zgodnie z planem mobilizacyjnym, wszystkie polskie jednostki bojowe zostały przesunięte z macierzystych baz pokojowych na tajne lotniska operacyjne w ostatnich dniach sierpnia 1939. Krakowski dywizjon myśliwski III/2, przydzielony do Lotnictwa Armii "Kraków" i utrzymujący 4-samolotową zasadzkę na lotnisku Aleksandrowice koło Bielska-Białej, przeszedł do Balic, 12 km na zachód od Krakowa, w składzie 16 samolotów P. l1c 121 i 122 Eskadry Myśl. Wydzielona zeń 123 Eskadra Myśl. na P.7 odeszła do Brygady Pościgowej. Pilotów w Balicach zbudziło głuche dudnienie przelatującej formacji bombowej, która poczytali za "Łosie". Dopiero odgłosy wybuchów i dymy pożarów kierunku pobliskiego Krakowa uświadomiły im początek nie wypowiedzianej wojny. Dowódca dywizjonu, kpt. Mieczysław Medwecki, natychmiast wydał rozkazy nakazujące start patroli, pierwszy z których miał sam poprowadzić, wyznaczając na swoich bocznych ppor. Władysława Gnysia i st. szer. Tadeusza Arabskiego.
Klucz Medweckiego rozpoczął start akurat w chwili, gdy nad Balice nadleciały ostatnie Ju 87 powracające na zachód po zbombardowaniu Rakowic, a więc między godz. 6.15 a 6.30. Wśród tych nurkowców znajdował się Ju 87B z 2 Esk. I./StG 2 ze znakami T6+GK, pilotowany przez sierż. Franka Neuberta, który wspominał:
Po pewnym czasie, lecąc na zachód, zobaczyliśmy lotnisko krakowskie (...), pożary i wielki dym. Jeden samolot po drugim rzucał się piką w dół. (...) Po wyrzuceniu bomb na wysokości ok. 700 m podrywaliśmy maszyny i lecieliśmy znowu w kierunku zachodnim, w kierunku Rzeszy, nabierając wysokości. Osiągnęliśmy pułap ok. 1000 m kiedy zobaczyłem na prawo w dole, a musiało to być na północny-zachód od Krakowa, lotnisko polowe i krążące nad nim samoloty polskie. Oczywiście były to myśliwce, które po wykonaniu zadania podchodziły do lądowania (...). Nagle odkryłem przed sobą samotnie lecącego J u 87. Został on dla mnie równie nieoczekiwanie zaatakowany przez dwa polskie myśliwce typu PZL P.24, które ujrzałem lecące za nim w tym samym kierunku: jeden po prawej w tyle u góry, jeden po lewej. Moim natychmiastowym odruchem było iść na pomoc atakowanemu koledze. Musiałem dodać gazu, aby zmniejszyć
odległość i zająć pozycję do strzału. Zmierzyłem się do lecącego po prawej stronie polskiego myśliwca. Potem oddałem pierwszy w tej wojnie serię, bez zaobserwowania rezultatu. Musiałem zaatakować po raz drugi. Do tego musiałem wpierw nabrać nieco wysokości (...), moje pociski ginęły w kabinie pilota, ale żadnej reakcji na razie nie zauważyłem. Kiedy zmierzałem się do trzeciego ostrzelania, atakowana maszyna eksplodowała w powietrzu w wielkiej kuli ognia
(...).
Moje spojrzenie przeniosło się naturalnie na drugi myśliwiec nieprzyjacielski, który zestrzelenia pierwszego jeszcze nie zauważył. (...) Kiedy zająłem pozycję do oddania strzału, ten zrobił elegancki skręt w lewo do góry, zawrócił do tyłu i więcej go nie widziałem.
Neubert zestrzelił samolot Medweckiego, który poniósł śmierć. Gnyś, startujący z dowódca na P. 11C '5', który według domniemania Wacława Króla miał mieć numer seryjny 8.67, zdołał desperackim unikiem w lewo wyrwać się z wiązki nieprzyjacielskich strzałów i wyprowadzić przepadający samolot tuż nad ziemię.
Relacja Neuberta, któremu gen. Milch przyznał zestrzelenie pierwszego samolotu nieprzyjacielskiego w II wojnie światowej, zgadza się ogólnie z dokumentację polska, z tym, że mylnie zidentyfikował P.11C jako P.24 - błąd nagminnie powtarzany w niemieckich meldunkach wrześniowych - i wydawało mu się, że polskie myśliwce ładowały, a nie startowały, jak było w rzeczywistości, przez co drugi P. 11, nie mający jeszcze ani dostatecznej szybkości, ani
wysokości, walki z nim nie był w stanie przyjąć.
Z kilku różniących się od siebie relacji Gnysia, składanych podczas wojny, najpełniejsza brzmiała:
Dnia
1 września 1939 r. w godzinach porannych, około godz. siódmej rano,
wystartowałem z lądowiska Balice koło Krakowa razem z dowódcą dyonu, kpt.
Medweckim. Dołączając do d-cy dyonu na wysokości około 300 metrów, zostaliśmy
ostrzelani z tyłu przez przelatujące samoloty niemieckie. Silnym skrętem w lewo
uciekłem z wiązki ognia. Samolot, będąc na małej szybkości, zwinął się i
wyłapałem go tuż nad sama ziemią. Po wyciągnięciu w górę stwierdziłem, że
samolot kpt. Medweckiego kołysze się ze skrzydła na skrzydło, utrzymując
nierówny lot. W pewnej chwili zauważyłem dwa samoloty niemieckie lecące z mojej
lewej strony, około 1000 metrów niżej. Leciały na kierunku Kraków-Olkusz.
Zaatakowałem lecący w tyle. W pierwszej chwili zauważyłem, że strzelec do mnie
strzela, ale po kilku seriach przestał strzelać i lewy silnik zaczął lekko
dymić. Wyrwałem w górę. Samoloty niemieckie zaczęty schodzić w dół. Zaatakowałem
powtórnie samolot który, poprzednio przeze mnie atakowany, przechodził na moją
stronę. Strzelec samolotu strzelał. Oddałem kilka długich i dobrych jak mi się
wydawało serii i zszedłem mocno w dół. Znalazłem się dość nisko nad ziemią. Po
wyciągnięciu samolotów nie widziałem i sądziłem, że schowały mi się za wzgórze,
pomimo jednak obserwacji przypuszczalnego kierunku lotu, samolotów zobaczyć nie
mogłem. Było to dla mnie jednak dziwne. Widziałem coś dymiącego się na ziemi,
ale się temu nie przyglądałem i wziąłem kurs powrotny na lotnisko. Samoloty
przeze mnie atakowane były dwustatecznikowe i, jak je wtedy określiłem, były to
Dorniery. W drodze powrotnej oddałem krótką serię do przelatującego Hę 111, na
dużej ode mnie odległości pod kątem około 90°, ale z powodu braku amunicji
zawróciłem do bazy. Skuteczność akcji wątpliwa. W drodze powrotnej zauważyłem
palący się samolot na ziemi kpt. Medweckiego.
We wspomnieniach powojennych Gnyś
dodawał, że po opanowaniu swego P. 11, jeszcze przed spotkaniem Dornierów,
ostrzelał najbliżej przelatujący Ju 87, który ciągnąc za sobą smugę dymu,
poszedł w kierunku ziemi . Nie jest to zgodne z jego własna przytoczona tu relacja. Neubert dodatkowo potwierdził, że żaden Ju 87 z jego jednostki nie został utracony w porannym ataku na Rakowice, a inne w tym rejonie o tym czasie nie operowały.
Zniszczenie dwóch Dornierów jest natomiast znakomicie udokumentowane obiektywnym raportem por. Zdzisława Pirszela, który je nawet sfotografował, 1 września rano Pirszel jechał samochodem w towarzystwie ppor. Jerzego Rejnowicza i na szosie Trzebinia-Olkusz został zatrzymany 5 km na południe od Olkusza przez miejscowych ludzi, którzy powiadomili go o straceniu dwóch samolotów niemieckich w miejscowości Żurada. Pirszel udał się na miejsce i znalazł dwa rozbite i pałace się jeszcze bombowce Do 17E, a w nich spalone zwłoki pięciu lotników. Szósty, oraz rozwinięty spadochron, leżał obok jednego z kadłubów, na którym widniały litery 3Z+FR, wskazujące na przynależność samolotu do 7 Esk. III./KG 77.
Obaj oficerowie przystąpili do ratowania
dokumentów i zabezpieczenia wraków bombowców. Znaleźli m.in. mapy lotnicze,
szyfry porozumiewania się w locie oraz spisy znaków wywoławczych niemieckich
radiostacji. Zebrali także zeznania od naocznych świadków, którzy widzieli trzy
trójki bombowców lecących ze wschodu na zachód na wysokości ok. 2.000 m. Z
ostatniej trójki, pozostającej znacznie w tyle i zaatakowanej przez samotny
polski samolot, dwa odłączyły się i lecąc w zwartym szyku zeszły do wysokości
kilkunastu metrów. Nagle oba bombowce, będące blisko siebie, zwaliły się na
ziemię. Polski myśliwiec odleciał wtedy na południowy-wschód. Oficerowie
natychmiast udali się do Krakowa, składając meldunek i zdobyte papiery Szefowi
Oddziału II Armii "Kraków", który odesłał ich z częścią dokumentów do Dowództwa
Lotnictwa Armii "Kraków", płka Sznuka. Tam
Pirszel otrzymał rozkaz dostarczenia charakterystycznych części Do 17E do Dowództwa, co wykonał następnego dnia, przywożąc silnik BMW, radiostację, trzy karabiny maszynowe z ładownikami, aparaty foto i szereg innych mniejszych części. Ale w Dowództwie zestrzelone samoloty i wszystkie ich części zostały pomyłkowo zarejestrowane jako należące do bombowców Heinkel He 111. Błąd ten powodował przez dziesiątki lat olbrzymie zamieszanie w różnych sprawozdaniach i opracowaniach dotyczących kampanii wrześniowej, powołujących się na
oficjalny dokumentację Dowództwa Lotnictwa Armii "Kraków". I tak np. kpt. Jasionowski podawał pod data l września: W czasie walk zostaje zestrzelony He 111 w rejonie Olkusza przez ppor. Gnysia. Pilota, który zestrzelił drugi He 111, również w rejonie Olkusza, nie udało się ustalić. Tego samego dnia wieczorem do Sztabu został przywieziony materiał z dwóch spalonych pod Olkuszem He 111. Podobna wiadomość podaje Sznuk w swoim sprawozdaniu. Z tego samego powodu, na ostatecznej liście zwycięstw wrześniowych zatwierdzonych w Wielkiej Brytanii przez Biuro Historyczne Lotnictwa i Komisję Bajana, na pierwszym miejscu wśród zwycięstw myśliwców armijnych znajduje się Gnyś, z zapisem jednego He 111, na drugim zaś He 111 zniszczony przez "nieustalonego pilota 121 Esk". Pełne wyjaśnienie sprawy, poparte przedstawieniem wyczerpujących materiałów dokumentalnych, przyniosły dopiero opracowania autora.
W istniejących relacjach istnieją rozbieżności co do dokładnego czasu walki Gnysia. Neubert wymienia godz. 06.00, Gnyś różnie, nawet 07.00. Natomiast kroniki jednostek Luftwaffe podają, że Dorniery KG 77 bombardowały Kraków o godz. 05.45, zaś zagubione Ju 87 przybyły, według ówczesnych meldunków polskich, o godz. 06.14. Pozwala to umiejscowić walkę Gnysia bliżej godz. 06.30 niż 07.00.
Zwycięstwo Gnysia nad Luftwaffe było więc z całą pewnością pierwszym w II wojnie światowej. Niektórzy publicyści przypisywali ten zaszczyt por. Aleksandrowi Gabszewiczowi, ale pierwszy nalot na Warszawę małej formacji l Floty Powietrznej odbył się ok. godz. 07.00. Brygada Pościgowa została poderwana w powietrze o godz. 06.50, zaś klucz Gabszewicza startował ostatni, i to z pewnym opóźnieniem. Gabszewicz musiał więc zestrzelić swego He 111 zaraz po godz. 07.00. Było to więc drugie zwycięstwo, choć pierwsze w obronie Warszawy.