"Zjazd Lotników Polskich - wrzesień 1969"

Antoni Głowacki

   Zaraz po wschodzie słońca lądowaliśmy całym dywizjonem na lotnisku Hawkinge, nad Kanałem. JAtnoni 
Głowacki składa raport "Inteligentowi" uż w czasie lotu zauważyłem, że urządzenie tlenowe w moim samolocie przestało wskazywać ciśnienie tlenu w butli. Natychmiast po lądowaniu zawołałem mechanika. Stwierdził uszkodzenie, którego nie można było naprawić na lotnisku. Zameldowałem o tym memu dowódcy. Zmarszczył się i kazał lecieć z powrotem do Gravesend i zmienić maszynę na inną. Zły, że może mnie ominąć lot operacyjny i walka ze Szwabami, wskoczyłem jednak do mego Hurrican'a i wystartowałem.
   Dzień zrobił się piękny, słoneczny. Wziąłem kurs do bazy i na stu metrach, stosownie do otrzymanych instrukcji, leciałem do Gravesend. Po odleceniu na kilka mil od lotniska postanowiłem wypróbować moją maszynę na szybkość. Ciekaw byłem ile też mi pokaże na szybkościomierzu. Zszedłem więc do samej ziemi i otworzyłem pełny gaz. Strzałka szybkościomierza szybko ruszyła z 240 na 280 - 300 -320... i powoli doszła do 351 mil. To 580 kilometrów na godzinę. Wspaniale ! Cóż to za rozkosz lecieć tak na pięć metrów nad ziemią, tuż nad polami, przeskakiwać drzewa domy małe laski i znów schodzić do samiutkiej ziemi. Drzewa, domy, pola obsiane żytem czy pszenicą, Żywopłoty.. wszystko to migało pod samolotem i zamazane szybkością zmieniało się w smugi. Po skórze przechodził mi dreszczyk emocji, bo na tej wysokości najmniejszy błąd mógł się skończyć śmiertelną kraksą.
   Daleko po prawej stronie pokazało się na horyzoncie dość duże miasto - poznałem Canterbury z jego wspaniałą starogotycką katedrą. Omijałem je z daleka aby nie wywołać paniki i strzelaniny. Patrząc przez moment w kierunku miasta spostrzegłem mały, smukły samolocik lecący w przeciwnym kierunku, na południe. Leciał tuż, tuż nad ziemią, jak i ja, tylko skacząc nad drzewami i domami pokazywał się na krótkie momenty na tle jasnego nieba Nagle zauważyłem , że w pobliżu tego samolotów wybuchały pociski artylerii. Co to może być ? Dlaczego artyleria strzela do niego. Zaintrygowany zrobiłem ostry zakręt, aby zbliżyć się do Canterbury i tego samolotu. Na Boga! Toż to Messerschmitt 109 - samotny uciekał do Francji po zrobieniu rozpoznania. Ciągnąc drążek sterowy z całych sił zrobiłem zakręt o 180 stopni. aż mnie zamroczyło - i pognałem za Messerschmitem. Zeszedłem tuż do samej ziemi aby mnie Szwab nie zauważył. Szybciej, szybciej! Co za szczęście, że leciałem na pełnym gazie miałem rozpędzoną maszynę. Szybciej! Drżącymi z emocji palcami zapaliłem celownik elektryczny i odbezpieczyłem 8 karabinów maszynowych. Jeszcze jakieś 1000 metrów nas dzieli. Grzeje na pełnym gazie i pełnych obrotach silnika, spoglądając kątem oka na zegary temperatur i ciśnienia. Wszystko w porządku. W tym czasie Messerschimitt minął Canterbury i artyleria przestała strzelać. Odległość między nami zaczęła się powoli zmniejszać. Dobra jest! Widocznie Szwab nie wie, że mu siedzę na ogonie. .Już ty mój! Już tylko 500 metrów, 400, 300, 250. Sylwetka Messerschmitta wypełnia coraz bardziej cały celownik. Ustawiłem krzyżyk celownika na kabinę pilota i naciskam spust karabinów maszynowych. Walę od razu druga serię. Dostał ! Dostał! Dym z silnika, lecą kawałki blachy. Dochodzę na 100 metrów. Znów strzelam. Szwab wyciąga do góry, widzę śmigło zwalnia obroty, widocznie silnik mu przerywa, ale samolot swym rozpędem nabiera wysokości. Przymykam gaz i lecę za nim. Nagle jakiś przedmiot odrywa się. To szklana kabina pilota. Pchnąłem drążek i kabina przeleciała mi o jakieś 2 czy 3 metry nad głową. O mało się nie zderzyłem. Zrobiło mi się gorąco.
   Odskoczyłem w bok i lecę teraz o 20 metrów Widzę jak płomienie wychodzą z silnika, widzę jak pilot próbuje się wyrwać z płonącej maszyny. Mocuje się, szarpie i nagle leci wolny.... koziołkuje. Moment później spadochron i pilot już wisi pod piałem parasolem. Zostawiam go i lecę za maszyną, która dymi na przemian białym i czarnym dymem. Dostała widocznie w chłodnicę i zbiorniki oliwy. Samolot idzie ślizgiem do ziemi, a pod nim po ziemi sunie jego cień, zbliżają się by się spotkać tam gdzie pusty samolot uderza o ziemię w jakimś sadzie owocowym. Błysk, eksplozja, dym - lecą strzępy maszyny, płonący silnik odrywa się od kadłuba i koziołkując odbija się kilkakrotnie od ziemi i w końcu zatrzymuje się między drzewami. Zataczam rundę nad tym miejscem i wracam do pilota, który powoli spływa do ziemi na swym białym parasolu. Robię rundę dookoła pilota , aby mu się przyjrzeć. Dla niego wojna jest skończona. Co u diabła! Arogancki pilot wyciągnął prawą rękę w stylu hitlerowskiego. O czekaj draniu - dam ja ci "Haj Hitla".
   Odleciałem na krótki dystans, zawróciłem i przypikowałem na Szwaba. Nastawiłem celownik tuż pod nogi hitlerowca i nacisnąłem spusty. Krótka seria... widzę jak pociski smugowe prawie go muskają. Szwab kurczy nogi i zaczyna wymachiwać rękami. Znów robię atak i znów strzelam pod same nogi. Tym razem Szwab ma dosyć. Podnosi obie ręce do góry i trzyma je wyprostowane Wielki bohater, który częstował mnie przed chwilą swoim "Haj Hitla". Na wszelki wypadek jeszcze raz atakuję i znów seria pod nogi. Szwab ma zupełnie dosyć, wisi bezwładnie pod spadochronem i tak po chwili ląduje ciężko na zoranym polu. Zataczam nad nim kręgi. Szwab najadł się strachu i leży nieruchomo. Wyciągam do góry jakieś 300 metrów, a Szwab od razu siada, a więc żyje, nic mu się nie stało. Udawał tylko, abym więcej do niego nie strzelał. Widzę jak z różnych kierunków pędzą ludzie do "mego" Niemca. Może dadzą mu lanie, bo i tutaj w Anglii, lotnicy niemieccy strzelali do bezbronnych ludzi na polach, strzelali do bydła i owiec, zupełnie tak samo jak we wrześniu w Polsce. Od pobliskiego miasteczka pędzi wojskowy motocykl z przyczepką. Skacze przez bruzdy i przez rowy. Zatrzymał się w tumanie kurzu, tuz koło Szwaba. No, teraz mogę spokojnie odlecieć, już żołnierze zaopiekują się nim dobrze.
   Wracam więc do Gravesend. Na lotnisku już na mnie czekali z drugim Huuicanem z zapuszczonym silnikiem. Zdążyłem tylko krzyknąć do mechanika "Check oxygen!" i wskoczyłem do nowej maszyny. Start prosto spod hangaru kosiakiem do Hawkinge. Znów ominąłem Canterbury z daleka, ale wypatrywałem po niebie. Tym razem cisza nic nie było widać.
   W Hawkinge na lotnisku cisza, wszystkie maszyny stały na ziemi. Moi mechanicy natychmiast uzupełnili paliwo i po trzech minutach maszyna stała gotowa do lotu. Poszedłem do namiotu pilotów. Kilku grało w karty, kilku drzemało. Podszedłem do dowódcy i moją wtedy jeszcze słabiutką angielszczyzną zameldowałem, że przyprowadziłem nową maszynę, dodając, że po drodze zestrzeliłem Messerschmita. Początkowo dowódca nie mógł zrozumieć o czym ja mówię. O jakim Messerschmit'cie ? Przecież żadnych Messerschmitów nie było nad Anglią. W końcu złapał za słuchawkę i zadzwonił do dowództwa Sektora. Widzę jak mu się twarz rozjaśnia, uśmiecha się do mnie. Położył słuchawkę i wyciągnął do mnie rekę - "Well done Tony, Congratulations!" Otoczyła nas gromada kolegów, wszyscy wypytują o Messerschmita, o szczegóły walki... Mówię im, że żadnej walki nie było, po prostu wszedłem mu na ogon, no i zestrzeliłem. Ale oni nie słuchali mych wyjaśnień. Gratulowali mi sukcesu, aż mnie od poklepywania łopatki rozbolały. Nie miałem o to żalu, boć oni cieszyli się wraz ze mną.
   W tydzień później przeczytałem w angielskim piśmie (Flight) o Niemcu zestrzelonym nad Canterbury, który skakał na spadochronie i został wzięty do niewoli. Hurra! To mój Messerschmit i "mój" jeniec wojenny. Ciekaw byłem jak też on wyglądał. Ciekaw też byłem czy znów by mnie poczęstował swoim "Haj Hitlem".