Konrad Stembrowicz
"Skrzydła"
DZIEŃ, W KTÓRYM ANGLIK ZAPŁAKAŁ
Trzynasty lutego 1945 r. był zwykłym szarym, zimowym dniem i niczym nie
zdradzał, że będzie to dzień, który tak znamiennie zaważy na historii Polski i
całej Europy. Za oknem kropił drobny deszczyk, a strzępy niskich chmur
galopowały nad lotniskiem Andrews Field w hrabstwie Essex na północny wschód od
Londynu. Jasne było, że żadnych lotów bojowvch, ani nawet innych nie będzie. Była
godzina 12.30, pół godziny przed wiadomościami z BBC, które z religijną
gorliwością były słuchane każdego dnia przez personel lotniska, a szczególnie
czlłnków polskich dywizjonów myśliwskich wyposażonych w samoloty Mustang.
Wojna już powoli dobiegała końca. Nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że alianci
zwycieżą i dywizjony polskie będą lądowały na ojczystej ziemi, wolnej od
hitlerowskich najeźdźców. W oficerskim kasynie, którym był olbrzymi barak typu
Nissen (lotnisko było używane przez lotnictwo amerykańskie) wielu oficerów
polskich i angielskich siedziało w dużych zielonych fotelach czytając czasopisma
lub gazety. Niektórzy stali przy długim barze, gdzie angielski kapral w
nieskazitelnie białej marynarce podawał małe kufelki piwa. Ja siedzialem w
kącie pokoju z młodym angielskim podporucznikiem, który byt kontrolerem lotów i
który parę dni temu poprosił, bym w czasie oblatywania Mustanga poświęcił pół
godziny na praktykę sprowadzania zgubionego pilota przez chmury na lotnisko.
Tom okazał się doskonałym kontrolerem i tego dnia trzykrotnie przyprowadzil mnie
w chmurach z odległości wielu mil na 500 yardów od początku lądowiska na
wysokość 300 stóp. W takiej sytuacji każdy pilot, nawet przy słabej widoczności,
powinien bezpiecznie wylądować na lotnisku.
Rozmawialiśmy o metodach i możliwych udoskonaleniach tego systemu zwanegc G.C.A.
(lądowanie pod kontrolą z ziemi), gdy usłyszeliśmy tak dobrze znane słowa w
radiu stojącym na małym stoliku przy barze: This
is the BBC Home and Forces
programme. Here is the one o'clock news.
Następnych kilka minut wydało mi się najgorszymi chwilami mego życia. Myślałem,
że piorun we mnie trzaśnie, bo chyba takie tylko określenie ilustruje, jak ja i
wszyscy Polacy musieli się czuć, gdy usłyszeli tego pamiętnego dnia o układzie w
Jałcie. Wiadomość była wprost nie do uwierzenia. Szanowany i poważany towarzysz
broni przez sześć długich lat zwycięstw i porażek, poświęceń, rozlanej krwi,
teraz, na progu całkowitego zwycięstwa nad nazizmem oddawał wiernego
sprzymierzeńca i miliony innych ludzi w ręce nowego, może nawet gorszego, bo
fałszywego przyjaciela, oszusta i kłamcy. Świat nagle pociemniał.
Niesprawiedliwość, kłamstwo i zdrada wylazły z najciemniejszych kątów
świadomości i jak ostra strzała ugodziły serca i dusze Polaków. Odezwałv się
głosy: "Zdrada, zdrada. zdrada!"
Anglicy stali jak rażeni gromem. Głowy
opuszczone, nie mieli odwagi spojrzeć Polakom w oczy. Zdziwienie, wstyd i hańba
malowały się na ich twarzach. Rozejrzałem się po wszystkich, jedna para
angielskich oczu spotkała mój zrozpaczony wzrok. Był to Tony; po policzkach jego
toczyły się łzy, a przez zaciśnięte usta wydostały się słowa normalnie nigdy nie
używane przez dobrze wychowanego Anglika: The bastards, the treacherous
bloody bastards
.
Gdy kiedyś będzie pisana historia XX
wieku jestem pewny, ze rewolucja październikowa bez żadnych wątpliwości będzie
uważana za okres przełomowv, kiedy nie zawsze odpowiedzialni ludzie z karabinem
w ręku zagrabili władzę, rozpoczynając nowy problem na całym świecie. Jałta
zostanie opisana jako tragiczne posunięcie, w którym honor, lojalność i prawda
zostały pochowane w grobie wykopanym łopatą samolubstwa, interesu i tchórzostwa.
Tam tez pogrzebano moralność i zwykłą ludzką uczciwość. W swoim dzienniku tego
dnia napisalem: The Allies have lost the peace, never in the annals of human
treachery were there so many betrayed by so few and for so little.
Następnego dnia polskie dywizjony osłaniały wyprawę
bombową nad Bidefeld. Nikt nie odmówił lotu. Na pomniku polskich lotników w
Northolt widnieją słowa: I kept my faith
. Tak, myśmy
dotrzymali wiary!