Krzysztof Lipiński

Jan Kazimierz
Daszewski

   Jan Kazimierz Daszewski urodził się 5 kwietnia 1916 r. w Kijowie w rodzinie ziemiańskiej. Od najmłodszych lat interesował się lotnictwem, co zaowocowało wstąpieniem do słynnej "szkoły orląt" w Dęblinie. Absolwent 11 promocji - mianowany podporucznikiem 15 października 1938 r. Otrzymał przydział do 112 Eskadry Myśliwskiej w Warszawie. W szeregach tej eskadry brał udział w kampanii wrześniowej.
      Jan Daszewski, jako podchorąży, z matką Zofią Daszewską-Regulską 5 września 1939 r. ok. godz. 10.00 zestrzelił nad Kampinosem Junkersa 87. Tego dnia po południu wraz z czterema pilotami (por. W. Łapkowskim, ppor. W. Łokuciewskim, ppor. W. Strzemboszem i plut. L. Lechem) zestrzelił Dorniera 17. Za udział w kampanii wrześniowej dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.  
   18 września ewakuuje się do Rumunii, a następnie na pokładzie statku "St. Nikolaus" do Francji. Po przeszkoleniu na sprzęcie francuskim od 17 maja 1940 r. lata w tzw. kluczu kominowym kpt. T. Opulskiego w Romorantin. 10 czerwca 1940 r. zestrzeliwuje Heinkla 111. Zostaje przedstawiony do odznaczenia Croix de Guerre. Podczas kampanii francuskiej wykonuje 30 lotów bojowych na samolocie Morane 406.
   Ewakuuje się do Anglii i w dniu 2 sierpnia 1940 r. zostaje pilotem eskadry "B" dywizjonu 303 (pierwszy skład dywizjonu).
   W dniu 7 września 1940 r. ok. godz. 16.40 startuje do lotu bojowego na samolocie Hurricane MkI RF-N przeciwko armadzie samolotów niemieckich. W tym dniu Niemcy zdecydowali się olbrzymi nalot bombowy na Londyn. Ok. godz. 17.00 dochodzi do starcia powietrznego z niemieckimi bombowcami. Daszewski zestrzeliwuje jednego Dorniera 215 na pewno i jednego Dorniera 215 prawdopodobnie. Ok. godz. 17.12 zostaje zestrzelony przez Me-109 i ciężko ranny. Tak opisuje to zdarzenie Arkady Fiedler w książce "Dywizjon 303":

 Wojskowe prawo jazdy z 1938 r., a d n o t a c j a  (!) z 21 września 1939 r.o wymianie 300 złotych na leje w rumuńskim banku( prawdopodobnie przy wymianie należało okazać się jakimś dokumentem)

   (...) nikt by nie przypuszczał, że Daszewski przeszedł za życia męki piekła.
   Dostał dobrze. Gdy huk rozległ się w kabinie, szrapnel wyrwał mu wielkie kawały mięsa z uda, biodra i ramienia. Myśliwca przeszył ból tak przejmujący, że od razu sparaliżował mu całą prawą stronę ciała. Jednocześnie gorący glikol lunął mu w twarz i poparzył ją. Kabinę wypełnił duszący dym.
   Pomimo wstrząsu instynkt Daszewskiego pracował jasno: wyrwać się z pola obstrzału! Wyrwać się, ale jak? Okazało się, że samolot był postrzelony tak samo jak Daszewski. Stery nie działały, były zerwane. Drążek sterowy posuwał się luźno.
   A tymczasem nastąpiła groźna rzecz: samolot wpadł w korkociąg. Ruch wirowy obryzgiwał całą kabinę krwią i co gorsza, jakby rozrywał na wszystkie strony mózg rannego. Jednak należało działać, i to szybko. Samolot świdrem pędził w dół. Za kilka sekund musiała nastąpić katastrofa. 
   Dokument tożsamości we FrancjiPozostał jedyny ratunek: skakać. Daszewski otworzył kabinę, lecz nie mógł z niej się wydostać. Był zbyt słaby. Wduszał go wiatr do środka, wpychały go metalowe drzwiczki. Daszewski walczył jak oszalały. Ostatecznie rozpaczliwym wysiłkiem lewej, zdrowej ręki wygramolił się na brzeg, lecz tu zatrzymała go nowa przeszkoda, mianowicie przewody: radiowy i tlenowy, przyczepione do kominiarki na głowie. Myśliwiec był nimi uwiązany do samolotu. Daszewski szamotał się jak zwierz na uwięzi, z okaleczonego ciała dobywał ostatnich sił, wreszcie udało się. Zerwał przewody. Wyleciał w powietrze. (...)
   Spadał w dziwnym położeniu: plecami do dołu, twarzą do góry. Nie widział ziemi. Przy tym nadal leciał w korkociągu, zataczającą ciałem zawrotne młyńce. Młyńce niebawem zaczęły się nieco odchylać i wówczas Daszewski dostrzegł, na brzegu wirującego nieba, skrawki ziemi. Lecz był to tylko jej horyzont i Daszewski wciąż nie wiedział, jak blisko jest ziemia pod nim. Nagle ogarnął go paroksyzm niepokoju: a nuż ziemia jest niedaleko? Kiedy wyskakiwał? Jak długo spadał? Minuty czy tylko ułamki sekund? Daszewski spadał jak bezwładna kula. Starał się odwrócić głowę, by spojrzeć w dół; nie mógł. Zaczął liczyć: raz, dwa... lecz ustał. Rozleciały mu się liczby, myśli rozwiały się jak dym. Zresztą po co liczyć? Nie widział ziemi i strach przed zderzeniem męczył go coraz potworniej. Messerschmitty już nie istniały. Istniała tylko przepaść, pełna coraz bliższej grozy. Dość! Dość spadania! Otworzyć spadochron!
   Lecz spadochron otwierał się prawą ręką pociągnięciem rękojeści. Daszewski nie mógł ruszać prawej ręki, była od rany sparaliżowana. Nie mógł otworzyć spadochronu. Próbował lewą. Daremnie. Lewą nie dosięgał. Śmierć zajrzała mu w oczy blisko, wyraziście. Lecz Daszewski nie chciał się poddać, wybuchał nowym spazmem walki. Chciał żyć! Zaczął szarpać lewą ręką jak w konwulsjach. Żyć! Otworzyć spadochron!
   To były konwulsje. Gwałtowny spadek z 7000 metrów - na tej wysokości zestrzelono go - i raptowna zmiana ciśnienia powietrza rozdzierały mu prawie płuca. Daszewski czuł, że mu głowa pęknie. Lewa ręka wykonywała nieustannie bezwiedne ruchy i nagle, w jakimś skurczu, natknęła się na metal. Rękojeść! W istocie, była to rękojeść spadochronu. Wyszarpał ją. Posłyszał nagle przeciągły szum poza plecami. Plecak się opróżniał. Spadochron się rozwijał. Myśliwiec zrozumiał, że jest ocalony. 
   Zdjęcie z kampanii francuskiejGdy spadochron rozwarł się cały i utworzył kopułę, szarpnął ostro ciałem Daszewskiego i postawił je w pozycji normalnej, głową do góry. Szarpnięcie spowodowało nowy ból, tak przeszywający, że lotnik myślał, iż oszaleje. Ciało jego wisiało na pasach, przechodzących akurat przez zranione biodro, i dlatego tak dolegało. Okropne męczarnie wzmagały się z każdą chwilą. Nie było na nie rady. Pomimo cierpień Daszewski nie tracił przytomności, przeciwnie, powiew wiatru go orzeźwiał. I to było najstraszniejsze.
   W końcu lotnik nie mógł tego znieść. Chciał rozluźnić pasy. Byłoby to samobójstwem. Na szczęście nie miał dostatecznych sił, by zamiar wykonać. Spadał dalej i cierpiał.
   Spadochron rozwinął się na wysokości około 2000 metrów. Wiek upływał - tak Daszewskiemu się wydawało - a ziemia wcale się nie zbliżała. Wiatr zaczął go wypychać ku morzu, lotnik wisiał już nad wodą, lecz to nowe niebezpieczeństwo mało go poruszało. Później, znacznie niżej, przeciwny wiatr zawrócił go ku brzegowi. Wylądował nareszcie w pobliżu jakiejś wsi. Spadochron wlókł go i obtłukiwał po twardych grudach zoranej ziemi, lecz lotnik był już zupełnie zobojętniały na udręki po poprzednich przeżyciach i zapewne też po utracie krwi. (...) 
   Po trzech i pół miesiącach wyszedł ze szpitala. Ubyło mu ciała, lecz rany się zagoiły. Pozostała dawna krzepa w mięśniach i duch pozostał. Daszewski był znów w powietrzu i polował na bombowce i Messerschmitty. (...)
   Jego niepokonana żywotność była wzruszająca i czasem, patrząc na to nieugięte chłopię znad Wisły, odnosiło się wrażenie, że Daszewski był więcej niż dziarskim myśliwcem. Że Daszewski to symbol czegoś niezniszczalnego. Że jego ból i blizny, i słoneczne oczy, i uśmiech - to rzeczywiście symbole zwycięskiego, choć w ranach, narodu.

   17 września 1940 r. zostaje odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Military - RIPSP Nr 11/40. 27 grudnia wychodzi ze szpitala i wraca do dywizjonu, który rozpoczyna loty nad Francję. W dniu 20 kwietnia 1941 r. uczestniczy w locie "Sphere", podczas którego zestrzeliwuje Messerschmitta 109 - zaliczony jako prawdopodobny.
   27 czerwca 1941 r. podczas ataku z lotu koszącego na niemieckiego lotnisko w pobliżu Calais niszczy na ziemi Me-109. W czasie tego ataku ginie dowódca polskiego skrzydła mjr pil. Piotr Łaguna. 
   Z Janem Zumbachem25 października 1941 r. zostaje odznaczony po raz trzeci Krzyżem Walecznych - RIPSP 23/41. W listopadzie 1941 r. zostaje dowódcą eskadry "B". Dowódcą eskadry "A" był jego przyjaciel Witold Łokuciewski, a dowódcą dywizjonu kpt. pil. Wojciech Kołaczkowski. 
   13 grudnia 1941 r. dowodzi zespołem 4 samolotów biorących udział w locie bojowych tzw. "Rhubarb" z zadaniem zaatakowania destylarni w Beaucamps. Atak odbył się przy silnym ogniu artylerii przeciwlotniczej. W samolocie por. Daszewskiego pocisk z działka przeciwlotniczego poważnie uszkodził linki sterowe i spowodował pożar. Pilot zaryzykował lot na uszkodzonej maszynie i szczęśliwie powrócił do bazy. Fakt te ogłosiło Ministerstwo Lotnictwa, a opisała angielska gazeta "The People". 
   14 lutego 1942 r. ginie w wypadku lotniczym przyjaciel J.K. Daszewskiego - por. Mirosław Ferić. 13 marca zostaje zestrzelony Witold "Tolo" Łokuciewski. Ze słynnej "czwórki muszkieterów" pozostają Daszewski i Jan Zumbach. Daszewski obejmuje dowództwo eskadry "A". 
   Jednak nie same loty bojowe wypełniały czas młody pilotom. W chwilach wolnych od służby było u nich zawsze wesoło w kasynie. Podczas zabawy dywizjonowej w dniu 1 marca 1942 r. por. Daszewski zestrzelił z pistoletu z odległości 5 metrów jodełko papierosów "Lucky Strike", ustawione na głowie rotmistrza Ryszarda Wiszowatego. W kronice dywizjonu zachował się dokument o tym fakcie podpisany przez oficerów pilotów. Wspominam o tym, aby pokazać, że ci młodzi ludzie byli nie tylko bohaterami, którym należy stawiać pomniki, ale również potrafili robić sztubackie żarty i czerpać pełną radość z życia. W literaturze często przypisuje się ten fakt por. Kazimierzowi Spornemu, ale myślę, że załączony dokument jednoznacznie określa, kto był współczesnym Wilhelmem Tellem.  

W dniu 4 kwietnia 1942 r. por. Daszewski startuje do lotu bojowego nad Francję na samolocie Spitfire Mk-V nr AD 455. W rejonie St. Omer dochodzi do licznych walk z niemieckimi myśliwcami. Wtedy prawdopodobnie zostaje zestrzelony do kanału La Manche. Nikt z pozostałych pilotów nie zaobserwował tego faktu, a ciała i samolotu nigdy nie odnaleziono. W księdze pamiątkowej dywizjonu zanotowano: 
  Przy samolocie Spitfire RF-V po powrocie z lotu bojowego.Widoczna dziura na kadłubie po pocisku z działka przeciwlotniczego. Por. pil. Daszewski Jan, Kazimierz Antoni, kawaler Krzyża Virtuti Militari i Krzyża Walecznych nie powrócił z lotu bojowego w dniu 4.4.42. Zaledwie dwa tygodnie mija, ledwie kilka stron przybyło w pamiętnikach Dyonu, gdym czterech wspomniał muszkieterów: Ox Ferić, Tolu Łokuciewski, Joe Daszewski i Johan Zumbach. Niesprawiedliwością losu nazwałem, że dwóch nam spośród nich ubyło. Co dziś mam rzecz?... gdy trzeci nas opuścił. Luty zabrał nam Oxa, marzec Tolowi czas odmierzył, kwiecień ledwie się zaczął, już żałobą nas okrywa. Rok temu w Wielką Sobotę Dzidek Henneberg nie powrócił z lotu - właśnie wspominaliśmy go dziś przed lotem, że to też niby Wielka Sobota - i jakżeż tragicznie prawdziwymi okazały się nasze zabobonne żarty. Mówi się, że wojna, że trudno, że nie ma rady, ale czemuż ta wojna najlepszych spośród nas wybiera?... Ferić, Łokuciewski, Wróblewski, Daszewski, Kustrzyński - gdzieś takich szukać chłopaków, gdzie takich drugich znaleźć. Sienkiewicza trzeba by o pomoc prosić, by ich epopeję na papier przelać. Skrzetuscy, Kmicice, Wołodyjowscy, choć podobno na żywych osobach wzorowane, lecz przez autora podkolorawne były, wzmocnione lub uszlachetnione, by bohaterów Trylogii z nich zrobić. Ferić, Łokuciewski, Wróblewski, Daszewski i Kustrzyński - to żyjący bohaterowie. Brać tylko na papier, przelewać ich żywcem tak jak byli, bez cieniowania i kolorowania, z ich drobnymi słabostkami, i spisać ich dzieje dzień po dniu i dać przyszłym pokoleniom, by na nich kształciły swe dzieci być dobrymi Polakami. 
   Podczas służby w dywizjonie 303 por. pil. Jan Kazimierz Daszewski odbył 90 lotów bojowych, z czego 39 nad Francją w czasie 62 godzin, 41 nad Anglią w czasie 51 godzin i 10 nad konwojami w czasie 14 godzin. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych po raz czwarty dnia 25 czerwca 1942 r. - RIPSP 14/42. 

Piloci 303 dywizjonu na lotnisku Northolt X/XI 1941 r., od lewej :drugi A.Kolubiński, piąty J.K.Daszewski, szósty B.Drobiński, siódmy W.Kołaczkowski, dziewiąty A.Głowacki, jedenasty J.Jankiewicz, dwunasty W.Łokuciewski.

   Jego matka, Zofia Daszewska-Regulska (żona gen. Bronisława Regulskiego), do końca wojny żyła z nadzieją, że syn być może znajduje się w niewoli niemieckiej. Niestety, ta sugestia nie potwierdziła się po wojnie, w związku z czym przyjęto jako datę śmierci dzień 4 kwietnia 1942 r.