Dnia 8 września 1943 roku 3 Polskie Skrzydło Myśliwskie, lecące w ramach osłony bombowców (Ramrod S.41), stoczyło nad Lille bitwę z myśliwcami niemieckimi z 5./JG 2 i 8./JG 26. W wyniku walki Polacy zgłosili osiem zestrzelonych samolotów wroga na pewno, dwa prawdopodobnie i jednego uszkodzonego. Jednym z pilotów, którzy tego dnia uzyskali zestrzelenie był F/O Jan Krajewski (302 DM), który lecąc na Spitfirze IX (BL905), zniszczył FW190. Oto jego wspomnienia z tego lotu zamieszczone niemal rok później w Skrzydłach :
Skrzydła 6-7/432-433, 1944 rok.
Nad Lille.
Zbudzono nas wcześniej niż zwykle. Podczas śniadania nikt nie przemówił ani słowa. Był to typowy mglisty i chłodny angielski poranek. Na samochód, który miał nas zabrać do sali odpraw też czekaliśmy o dziesięć minut dłużej, niż normalnie. Jednym słowem wszystko się nie składało. Dopiero w pokoju odpraw, stojąc przed ogromną mapą Francji, języki nam się rozwiązały. Do pokoju wszedł dowódca a za nim oficer informacyjny z wielkim arkuszem papieru w ręku.
Cel, mówił informacyjny, lotnisko obok Lilie, bombardują amerykańskie marudery. Anglicy lecą w bezpośredniej osłonie. Polskie skrzydło ma za zadanie osłonić wyprawę od góry. Dowódca dodał kilka uwag na temat szyku bojowego, zabrał kursy i zaczął popędzać pilotów do maszyn.
Mieliśmy 17 minut do startu. Pierwszy startuje Dywizjon Wileński. Bezpośrednio po nim my. Ja lecę jako numer boczny u dowódcy eskadry. Jest to stary doświadczony pilot myśliwski, który ma na swoim koncie około siedm nieprzyjacielskich maszyn zestrzelonych.
Robimy rundę nad lotniskiem. Po prawej stronie zostawiamy ledwo widoczny z pod mgły, śpiący Londyn. Na drodze do kanału spotkaliśmy Amerykanów. Szli w trzech pięknych formacjach. Zajęliśmy dogodną pozycję, bezustannie wznosząc się. Im bliżej brzegu, chmury zdawały się być coraz jaśniejsze. Na połowie kanału słońce zaczęło lekko przeświecać. Wznosząc się, wyszliśmy nad chmury, mając bombowce, pod sobą. Usadawiamy się po stronie odsłonecznionej. W momencie przekroczenia brzegu francuskiego mijamy ostatnią warstwę chmur.
Nad Francją pogoda jak w bajce, ani chmury na niebie. Artyleria niemiecka oddała kilka serii w okolicy bomberów. Te natomiast leciały spokojnie i majestatycznie, jakby nie zwracały uwagi na natrętne, czarne dymki rozrywające się wokół maszyn.
W drodze do celu nic nie zakłóciło lotu. Cel został doskonale zbombardowany. Bomby wpadły w same dispersale i zabudowania przy lotnisku. Zostawiliśmy smugi dymu na ziemi.
Zawróciliśmy. Wtedy dopiero na naszą czwórkę Spitfire'ów rzuciła się zgraja Focke Wulfów przemieszanych z Messerschmittami. Wywiązała się najtypowsza walka myśliwców, kotłowanina jakich mało. Mieliśmy tę przewagę, że było nas mniej, czterech na piętnastu. I właśnie to wyszło nam na korzyść, bo bez przesady można stwierdzić, że gdy zbyt dużo maszyn napastuje małą grupkę doświadczonych myśliwców - jedynie kilku z napastników może atakować jednocześnie. Reszta, jeśli trzyma się zdala, wyczekując swojej kolejki, wprowadza do walki chaos. W walce powietrznej też trzeba przestrzegać kolejki.
Podczas
pierwszych kilku ataków zastosowaliśmy taktykę obronną, ponieważ zauważyliśmy,
że w górze ponad polem walki wisi jeszcze cztery Focke Wulfe'y, pilotowane
prawdopodobnie przez starych wygów, gdyż widać było, że nie dając się unieść
temperamentowi, cierpliwie, z zimną krwią wyczekiwali na okazję łatwego
zwycięstwa, gdyby który z nas zmęczony walką popełnił jaką nieostrożność.
Wreszcie jednak i oni nie wytrzymali nerwowo i spłynęli ku nam.
Momentalnie związaliśmy się z nimi w walce. W momencie ataku, widząc co się dzieje, zrobiłem gwałtowny zwrot na nich, strzelając twarzą w twarz, łeb w łeb, z odległości około dwustu pięćdziesięciu yardów. Jeden z Niemców zapalił się i przewrotem pruł ku ziemi. Jego boczny próbował go osłaniać - chociaż właściwie nie było czego, bo palił się regularnie i rozsypywał się w powietrzu jak trociny. Chciałem pogonić za tą dwójką, ale w tej chwili zauważyłem palącego się Spitfire'a, któremu trzeba było przyjść z pomocą. Ale prawie równocześnie spostrzegłem na moim ogonie Focke Wulfe'a. Nie było czasu do namysłu. Zrobiłem tak gwałtowny zwrot, by uniknąć ataku, że znalazłem się nagle daleko poza polem walki.
Po powrocie do bazy dowiedziałem się, że z naszej czwórki straciliśmy jednego pilota, my zestrzeliliśmy 2 F. W.
W pewien czas
potem pilot strącony przez Niemców [Tego dnia zestrzeleni zostali W/O Malinowski
i F/O Śnieć. Dzięki pomocy ruchu oporu obaj piloci wrócili do Anglii.], który, jak się okazało, uratował się skacząc ze spadochronem, zdołał szczęśliwie przedostać się do Anglii. Opowiedział nam, jak to z prasy dowiedział się, że jeden z Niemców był to as niemieckiego lotnictwa myśliwskiego, zwycięzca stu sześćdziesięciu czterech walk powietrznych. Okazuje się, że nie do trzech, lecz do stu sześćdziesięciu pięciu razy sztuka. Przysłowia czasem się mylą.
Jan Krajewski.