Skrzydła 9/435, 1944 rok.

Nowicjusz.Autor wspomnień - F/O Jan Krajewski.

   Był cichy, skromny. Rwał się do latania, wszyscy lubiliśmy go. Dowódca życzył sobie, aby jak najprędzej zrobić go operacyjnym pilotem. Niestety, mieliśmy taki nawał myśliwskiej roboty, że nie było dosłownie czasu, aby ktoś poleciał z nim na trening. Chodził smutny i czekał cierpliwie. Pogoda, jakby na złość była piękna, lataliśmy czasem po trzy razy dziennie nad Francję. Nowicjusz czekał, aż przyjdzie na niego kolej, i będzie miał okazję wciągnięcia, się do zespołowego latania, dywizjonem. Nareszcie dzień niepogody ! Sam dowódca eskadry wziął go na trening. (Był to jego zwyczaj brać po raz pierwszy nowicjusza.) Reszta pilotów siedziała ze znudzonymi minami w dispersalu. Nikt niby nie interesował się tym, że nowy startuje po raz pierwszy w szyku z dowódcą. Nowicjusz był prawdziwie przejęty rolą. Słuchał uważnie słów dowódcy, który omawiał, bardzo szczegółowo cały lot. W końcu potwierdził niepewnie, że wszystko absolutnie zrozumiał, podpisał drżącą ręką książkę lotów i poszedł do maszyny.
   Piloci niechętnie powstawali z krzeseł i zaczęli rozmawiać koło okien. Niektórzy nawet dyskretnie powychodzili z dispersalu.. Dowódca wykołował pierwszy z boxu, za nim biedny Boleczek - tak mu bowien było na imię.
   Przyznam szczerze, że znając metody jakimi dowódca miał zwyczaj dopatrywania się żyłki myśliwskiej u nowoprzybyłego pilota, współczułem bidnemu nowicjuszowi.
   Nareszcie, wystartowali. Stojąc przed dispersalem, starałem się siłą woli pomóc Boleczkowi przy starcie. Został trochę w tyle, ale jak na młodego, wystartował zupełnie przyzwoicie. Nie było ich około godziny, tylko uchem mogliśmy słyszeć gdzieś daleko ryk dwóch maszyn. Wylądowali. Dowódca, zły a nowicjusz blady i bardzo spocony. Widząc jak pot kroplami spływał mu z twarzy, spytałem Bolka drwiąco - czy tam w górze pada deszcz. Dowódca z matczyną cierpliwością starał się wytłumaczyć mu wszystkie błędy, w końcu powiedział, że to nie O.T.U., że tu należy w szyku latać bardzo blisko.
   Od tej chwili upłynęło sporo czasu. Bolek był już dawno "operacyjnym" pilotem, czekał tylko na chrzest bojowy. Jak na jego nieszczęście w tym czasie lataliśmy na dalekie i odpowiedzialne operacje. Przeważnie jako osłona bezpośrednia. Te rodzaje operacji wymagają dużego zgromadzenia zespołu myśliwskiego i dużej dyscypliny powietrznej. Jednym słowem Bolek czekał na jakiś łatwy, ulgowy - jak my to nazywamy - lot.
   W końcu przyszedł dzień, jego dzień. Lot, jak wszyscy twierdzili, miał być wybitnie " ulgowy ". Lecieliśmy jako eskorta, myśliwska wyprawy bombowej w okolice Rouen. Zapowiadało się na wycieczkę bez przygód.
   Wystartowaliśmy. My pierwsi, za nami nasz wierny współtowarzysz doli i niedoli - Dywizjon Wileński. Do celu dolecieliśmy zupełnie spokojnie, a bombowce, jak zwykle, wykonały zadanie z wielką precyzją. Braliśmy już kurs do domu, gdy z chmur wypadło około dwudziestu Niemców, pozostawiając za sobą czarne smugi. Trzeba pecha, że prawie wszystkie Fockewulfy wybrały sobie za cel właśnie naszą czwórkę. Mówię " pecha ", bo mieliśmy Boleczka w naszej czwórce, a dowódca nie miał zwyczaju wiązać się w walkę, gdy prowadził na swoim skrzydle pilota na jego pierwszy lot operacyjny. Dowódca nie bez żalu wyrzekł się walki i poprzestał na taktyce obronnej. Zrobiliśmy kółko obronne. Nowicjusz w ślad za prowadzącym, jak jego spóźnione odbicie w zwierciadle, wykonywał identyczne manewry. Niemcy atakowali trójkami jak oszaleli. Wszyscy strzelali, otwierali ogień z dalekiej i nieskutecznej odległości, nie uwzględniając poprawki. Przyznam, że robiło to wrażenie bardzo deprymujące. Kilku zuchwalszych szwabów po ataku wyciągało w górę - atakując ponownie.
   Dowódca zorientował się w sytuacji i prowadził nas z uniku w unik, wyślizgując się atakującym Niemcom z pod, zasięgu ich ognia. W pewnym momencie cztery Fockewulfy zjechały na nas, strzelając bez przerwy. Widziałem jak smugowe pociski przechodziły pomiędzy mną a moim prowadzącym. W tym samym czasie jakiś inny Niemiec wisiał na plecach kompletnie bez szybkości, po mojej prawej stronie. Musiałem z niego zrezygnować, bo czułem, że jak nie wyrwę to dostanę po grzbiecie. Było naprawdę gorąco.
   Wreszcie zdołaliśmy wywinąć się Niemcom. Wróciliśmy do bazy i wylądowaliśmy. Każdy z nas trzech z trudem opanowywał, emocję przebytego niebezpieczeństwa, Boleczek natomiast najspokojniej sobie pogwizdywał - miał spadochron na plecach.
   Dowódca zapytał: '' Jak ci się podobała ta wojna ?" -"Ano dobrze było -przepisowo ", odpowiedział Bolek, nie zdradzając nawet najmniejszego przejęcia tym lotem - " tylko szkoda, że nie mieliśmy spotkania. Dobrzeby było, gdybym tak na początek mógł chociaż zobaczyć Niemca..."
   Osłupieliśmy.
   A kiedy po chwili przyszliśmy do siebie - jeden przez drugiego staraliśmy " się wytłumaczyć " mu jak i co było.
   Nie chciał nam początkowo uwierzyć... Okazało się, że podczas całego lotu wpatrzony był w ogon samolotu dowódcy, mając za punkt honoru utrzymać się jak najlepiej w szyku. Bał się byśmy mu nie robili wymówek po powrocie, że przeszkadzał, rozbijając szyk. Nie zorientował się biedak, że byliśmy atakowani, że Wilnianie zestrzelili cztery nieprzyjacielskie maszyny. (My niestety nie.) Nie zdawał sobie sprawy, że było bardzo z nami krucho.
   Nowicjusz... !
   Jan Krajewski.