SKRZYDŁA Nr 144/630

Kilka głosów o Dziubku Horbaczewskim

HERMEK ŁOMACKI Floryda, USA
   Śp. (S/ldr) kpt. Eugeniusz Horbaczewski "Dziubek" był w latach przedwojennych moim kolegą szkolnym. Uczęszczaliśmy do gimnazjum im. R. Traugutta w Brześciu n. Bugiem. Dziubek był starszy ode mnie o rok i uczył w wyższej klasie. Ta różnica nie przeszkadzała naszej przyjaźni, bo mieszkaliśmy bardzo blisko siebie, zaledwie o kilka domów, i łączyła nas nie ugaszona pasja gry w hokeja. Mieszkał ze swoja matka, urocza i dystyngowaną panią Anną, która była towarzyska i lubiana w sąsiedztwie. Moja sympatia do niej to była wdzięczność za jej hojne traktowanie nas lodami. Wbrew pewnym opiniom, które przedstawiają Dziubka jako chłopca nieśmiałego w towarzystwie, powiedziałbym, że był on śmiały i elokwentny, tylko ta śmiałość była hamowana jego wstrzemięźliwością w okazywaniu uczuć. Inaczej mówiąc, jeżeli Dziubek kogoś nie lubił lub ktoś mu dokuczał, był on na tyle opanowany, że nie okazywał tego na zewnątrz. To było jedną z przyczyn, dla których był lubiany w towarzystwie, do którego też się garnął. Chociaż prymusem w nauce nie był, nigdy nie słyszałem, aby miał jakieś trudności. Pamiętam natomiast, że wyróżniał się talentem do pisania satyrycznych wierszyków i kupletów, które wygłaszano lub śpiewano na szkolnych przedstawieniach. Zainteresowanie w dziedzinie latania musiał mieć już od wczesnych, chłopięcych lat. Kiedy go zaledwie poznałem, już marzył o kosmosie i 0 lotach rakietowych w przestrzeń międzyplanetarną. Wierzyliśmy obaj, że do tego dojdzie jeszcze za naszego życia. Nasza fantazja oraz wiara w postęp techniczny w tej dziedzinie rozwijała się pod wpływem popularnej wówczas pseudonaukowej lektury, włączając niezapomnianą książkę Żuławskiego Na srebrnym globie. Ale to były tylko marzenia. A tymczasem Dziubek z zapałem uczęszczał na szkolenie szybowcowe, które odbywało się na przedmieściu Brześcia. Polegało ono na wyciąganiu szybowca z uczniem w powietrze za pomocą elastycznej liny, która po odczepieniu padała na ziemię, a uczeń-pilot kończył lot i lądował samodzielnie. Wyższy poziom szkolenia odbywał się w miejscowościach Ustianowa lub Bezmiechowa. Obie położone w płd.-wschodniej Polsce. Przy okazji powyższych wspomnień o szybowcach, chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, iż w tym czasie w naszym gimnazjum uczył się inny znany lotnik polski i uczestnik wojny na Zachodzie, Tadeusz Góra. On to, jeszcze jako uczeń, dokonał pewnych rekordowych przelotów nad Polską na szybowcu i okrył się sława. Kolegę Tadeusza znałem tylko pobieżne, a jakaż to szkoda dla mnie, że nie bliżej. W okresie sportów zimowych Dziubkowi nie brakowało ani czasu, ani sił na łyżwiarstwo. Ponieważ na ogół sport był akceptowany w gimnazjum jako pożądany element wychowawczy, mieliśmy więc niezła pomoc w przydziale sprzętu i w innych ułatwieniach. Na zimę zalewano nasze wielkie podwórze szkolne wodą i powstawało boisko hokejowe z bramkami i oznaczeniami, tak jak wymagały tego przepisy sportowe. Najpierw grałem z Dziubkiem w drugiej reprezentacji szkolnej, wkrótce prze-niesiono nas do pierwszej. Obaj graliśmy w ataku, zawsze w tej samej zmianie i na tej samej pozycji, on na prawej, ja na lewej. Wygrywaliśmy prawie wszystkie mecze, tak w spotkaniach szkolnych jak i w rozgrywkach z klubami wojskowymi. W soboty, o godz. 11 wieczorem, nadawano z radio Warszawa ogólnopolski komunikat sportowy, w którym czasami słyszeliśmy nasze nazwiska. Gra Dziubka była imponująca. Wspaniale wykonywał zwroty, ostre zakręty i błyskawicznie reagował na ciągle zmieniającą się sytuację. Nie używał łokci i bioder do wytrącania przeciwnika poza linię boiska i sam się nie dawał wypchać, pomimo swojej niewielkiej wagi. Umiał trafnie ocenić i rozpoznać moment strzału na bramkę i strzał ten wykonywał precyzyjnie.
   Tymczasem nadeszły wielkie zmiany. Dziubek przygotowywał się do matury, a przeniosłem się z rodzina do Wilna. Nasz kontakty słabły. Od czasu, gdy wstąpił do podchorążówki w Dęblinie otrzymałem od nie zaledwie dwa lub trzy listy. Jednakowoż dodatkowe wiadomości o nim otrzymywałem od naszej uprzednio wspólnej koleżanki-sympatii z gimnazjum, która również z rodziną przyniosła się do Warszawy w czasie, kiedy myśmy się rozstawali. Dziubek odwiedzał ją w Warszawie i zapraszał na bale do Dęblina.
   Kiedy wybuchła wojna i nastąpiło wejście bolszewików do Wilna, ruszyłem samodzielnie północnym szlakiem na Zachód i w listopadzie tego roku przybyłem do Anglii. Tutaj ani lotnictwa polskiego, ani żadnych lotników nie widziałem , wysłano moją grupę ochotników Francji i znowu usiłowałem zaciągnąć się lotnictwa, ale moje przygotowanie, jakie zdobyłem przed wojna, a więc kategoria "B" szybowcowa i skończony kurs pilotażu na RWD-8, nie były wystarczające. We Francji znalazłem zaledwie kilku dalszych szkolnych kolegów, a Dziubku ani o jego roczniku z Dęblina nie słyszałem nic.
   Po kampanii we Francji, ucieczce z niewoli półrocznym pobycie w hiszpańskim obozie Miranda del Ebro przybyłem znów do Anglii. Tym razem przyjęto mnie do lotnictwa. Zacząłem znowu wypytywać się o Dziubka i dowiedziałem się, że jest to sławny as polskiego lotnictwa. Trudno mi było natomiast dowiedzieć się, gdzie przebywa jednostka, w której służy, a raczej którą dowodzi. Był to już okres, kiedy miejsca postoju myśliwskich jednostek często się zmieniały, gdyż zaczęły się wzmożone przedinwazyjne naloty na tereny nieprzyjaciela.
   Nasze długo oczekiwane spotkanie zrealizowało się w takich okolicznościach: byłem na szkoleniu w Brighton i pewnego ranka stałem w szeregu, gdy nagle, omal znikąd, pojawiło się przed nami małe, stare angielskie auto i wyszedł z niego Dziubek w mundurze Squadron Leadera, z czerwonym rozwianym szalikiem, i bystro powiódł wzrokiem po naszym szeregu. Dowódca podał komendę "Baczność" i zasalutował jak do raportu. Wbrew dyscyplinie wojskowej podniosłem ku Dziubkowi rękę, a on ignorując wyprężonego salutowaniem dowódcę zawołał: "Hermek, chodź!" Po krótkiej rozmowie o naszych wojennych drogach, o rodzinie, już musiał wracać do swojej bazy. Mówił, że stacjonuje niedaleko Brighton i będzie mnie odwiedzał zanim dywizjon jego nie zostanie przeniesiony. W sumie odwiedził mnie kilka razy. W rozmowach wydawał się trochę inny, niż go znałem w czasach szkolnych. Był przemęczony fizycznie, jakby niewyspany. Tęsknił do matki, o której nie wiedział na pewno gdzie przebywa. Zapytywany o wyczyny bojowe zaczynał opowiadać niechętnie, potem się zapalał. Gdy odjeżdżał, nigdy nie wiedziałem czy jeszcze powróci. Gdy powracał, to zawsze w tych samych okolicznościach: ja stałem w szeregu na zbiórce, on podjeżdżał i wychodził z auta, dowódca salutował, on wołał: "Hermek, chodź!"
   Spotkania nasze dobiegły końca, kiedy o Dziubku znów urwały się wieści. Pewnego dnia doszła do mnie smutna wiadomość, że Dziubek nie powrócił ze swoją jednostką do bazy. Choć mówiono jeszcze, że mógł się gdzieś zagubić w niemieckich obozach jenieckich lub w szpitalu, ale nadzieje na tę możliwość były już małe. Powoli, z uporem zacząłem akceptować surowy życiowy wyrok: straciłem na zawsze bliskiego przyjaciela, a Polsce zabrakło bohaterskiego obrońcy.

HELENA PASZKOWSKA-DZIEDZIC
   Stanstead, Anglia
   Wieczór. Pukanie do drzwi.
   - Telephone Madam, please.
   - Thank you, Corporal.
   Biegnąc do telefonu zastanawiałam się, kto to może do mnie telefonować. Przecież dopiero od niedawna byłam w Anglii. Trochę przestraszona, nie mogąc złapać oddechu, wykrztusiłam
   - Hallo! 
   - Jak się masz! - wesoło odezwał się męski głos. - Mówi Dziubek.
   - Dziubek? Ten z gimnazjum Traugutta? -zapytałam.
   - Ten sam. Cieszę się, że rekiny ciebie nie zjadły (aluzja do mojej podróży morskiej na storpedowanej "Empress of Canada").
   - A ty skąd o tym wiesz? - zapytałam.
   - Mówił mi Heniek Kwiatkowski (pilot bombowy 305 dywizjonu i polskiej 1586 eskadry specjalnego przeznaczenia w Brindisi, późniejszy autor książki Bomby poszły, Wyd. MON z 1982 r.) A ja się cieszę, że uchowałeś się w walkach powietrznych i jesteś asem polskich myśliwców.
   - A ty skąd o tym wiesz? - zapytał.
   - Henio Kwiatkowski mi pisał.
   Padały pytania i odpowiedzi kto, gdzie, jak itd. itd. Rozmowa telefoniczna przedłużała się; kilka osób zaglądnęło do budki telefonicznej, aby sprawdzić czy telefon jest wolny. Sama zawsze bez grosza, nigdy nie umiałam nabierać, więc powiedziałam:
   - Dziubek, nie jesteś lordem ani krezusem. Kto będzie płacił za telefon?
   Dziubek wesoło odpowiedział:
   - Co się martwisz - król angielski.
   Żyliśmy bowiem według "King's Regulations". Każda sytuacja i ewentualność była z góry przewidziana. Umówiliwiliśmy się, że Dziubek przyleci w czasie weekendu.
   Przyleciał do RAF Ringway koło Manchesteru. Było piękne, ciepłe i słoneczne sobotnie popołudnie. Ugościłam Dziubka tradycyjna angielska herbata w kasynie oficerskim RAF Wilmslow. Usadowiliśmy się na tarasie - z dala od tubylców, by rozmawiając w rodzinnym języku nie denerwować nikogo i jeszcze raz wywiedzieć się o naszych wspólnych kolegach i ich losach. Mikroskopijne cucumber sandwiches, scones with jam i inne przysmaki herbaciane niczym się nie różniące od herbat podawanych na innych stacjach lotniczych, bo przygotowanych według "King's Regulations", zostały skrupulatnie skonsumowane, kiedy przed kasyno zajechała staromodna angielska taksówka. Pół wieku minęło od tego czasu, a ja to widzę tak wyraźnie, jakby to było wczoraj. Dziubek - chuchro tego samego wzrostu i kondycji co mój ojciec rodzony, zgubił się w tej ogromnej landarze, która była więcej podobna do karawanu niż do taksówki. Pożegnaliśmy się ze łzami w oczach i umówiliśmy się na przyszłe spotkanie. Nie wróciłam do hallu, tylko stałam na dworze przed kasynem i czekałam na warkot samolotu spoglądając na czyste niebo. Dziubek nadleciał na Mustangu, kilka razy okrążył kasyno, "pomachał" skrzydłami i odleciał. Przywiózł ze sobą tyle radości i nadziei. Wtedy nie wiedziałem, że odleciał na zawsze.
   W Wilmslow oficerowie polskiego WAAF tworzyły sporą kadrę oficerska. Władze kasyna umieściły odbiornik radiowy w Ladies Room. Tam codziennie w południe mogłyśmy słuchać dziennika nadawanego przez BBC w języku polskim. W piątek 18 sierpnia 1944, r. usłyszałyśmy, że w walce powietrznej nad Paryżem wzięło udział 12 polskich Mustangów, i że do bazy nie wróciła tylko jedna maszyna. Okrutna myśl, że to może Dziubek, nie dawała mi spokoju. Chciałam odpędzić ją jak natrętną muchę. Wyszłam do hallu. Przygnębiona wiadomością, zagubiona w myślach o niemożliwej możliwości, skulona we dwoje wtuliłam się w wielki fotel. Przymknęłam oczy i widziałam Dziubka "zagubionego" w tej dużej angielskiej taksówce. Drogi Kolego z ławy szkolnej, zapewniamy Ciebie, że pamiętamy o Tobie.