| Parada Zwycięstwa |
Barbara Kwiatkowska-Preihs (fargment)
Na paradzie zwycięstwa w Londynie w czerwcu 1946 r. ludzie szaleli z radości. Śpiewali, rzucali się sobie w ramiona, wiwatowali i oklaskiwali maszerujące jednost-ki państw biorących udzial w tylotetnich krwawyeh zmaganiach. Zabrakło tylko jednego alianta - Polski. Niewielu możę zauważyło ten brak. Zgromadzone tłumy wiedziały tylko jedno, że będzie teraz spokój, że mężowie i synowie wrócą do domu. To nie ich sprawa powiadali kreślić mapy, tworzyć historię, przewidywać przyszłość. Od tego są politycy. "A jak daleko patrzą politycy? Jaką oni biorą
na siebie odpowiedzialność przed historią i milionami ludzi?" - pyta oparty o latarnię i obserwujący ten radosny spektakl Polak. Handlują cudzą wolnościa, kupują spokój za wszelką cenę, a biedny Polak zna tylko jedną cenę. On pierwszy powiedział "nie" hitlerowskiemu najeźdżcy. On ginął w obozach koncentracyjnych, w tajgach Sybiru, w ruchu podziemnym, na morzu, w powietrzu, na wszystkich frontach z jedną tylko myślą - Czy pewnego dnia kraj jego wolnym będzie. W snach swych i marzeniach widział siebie powracającego do swego miasta, do swoich ludzi i swoich najbliższych. Zapatrzony w przyszłość placił każdą cenę, nie liczył trudu, nie omijał kul, patrzył śmierci w oczy przez przeszło pięć lat.
Fala natchnionych oklasków wyrwała go z zamyślenia; oto idą lotnicy, bohaterowie Battle of Britain, gra orkiestra, sypią się kwiaty. W myślach obserwującego Polaka zjawiają się twarze kolegów, znajomych, którzy złożyli swoje młode życie. Przez chwilę wydawało mu się, że to nie orkiestra gra, ale że słyszy krzyk w palącym się samolocie, że żegna brata, kuzyna, przyjaciela; nie, to nie orkiestra gra, to wyją silniki trafionego bombowca, to Spitfire trafiony rozlatuje się w kawałki, a w nim ktoś mu bliski. Tylu, tylu ich zginęło z myślą o tym właśnie w dniu wolności. Ścisnęło go w gardle, odwrócił głowę od maszerujących i ruszył przed siebie. Po kilku krokach jakaś staruszka przechodząc zatrzymała się i zapytała: -"Dlaczego płaczesz, młody Polaku?" Nie odpowiedział.
Błąkał się po ulicach długo, nie liczył godzin, bo i po co. Wszyscy gdziś szli rozśpiewani, roześmiani, pewnie do swoich domów - pomyślał. Słowo "dom" w tej chwili miało siłę bomby wybuchowej. Pochodził z Wileńszczyzny, to niby dokąd on ma wracać ? - "Ha - szepnął do siebie - ktoś zapisał, inni oddali przy lampce wina, nie pytając, nie troszcząc się, bo to przecież nie ich. Czy ktoś zapytał tego kto tam mieszka, czy chce zostawić swoją skromną, strzechą pokrytą chatkę z boćkiem zwiastującym wiosnę co roku ? Czy ktoś zrozumiał cichą duszę Wilniuka czy Poleszuka przywiązanego do swojej ziemi ?" On sam walczył tyle lat o te właśnie pola i łąki.[..]