Skrzydła Nr 5/431, 1944 rok

Wspomnienie pierwszego dnia wojny.

   Polskie lato, przed wojną. Przed samą wojną. - Rok 1939. Czerwiec - miesiąc gdy wiosna dojrzewa. Aleksander Gabszewicz Eskadra nasza miała wtedy wspólny hangar z " Pasikonikami ". Wejście do pokoju pilotów i kancelarii dowódcy zakrywały ogromne krzewy jaśminu. Zapach wdzierał się przez otwarte okna do pokoju, gdzie w samotności bezwładnie rozwalił się w leżaku Julek [Juliusz Frey], nasz dowódca eskadry. On nigdy nie kochał słońca. Cerę miał niczem anemiczna panna z zeszłego stulecia. Na basenie pływackim - raził białością skóry nas i roześmiany ciemno -oliwkowy tłum " Legii ".
   Szczur [Tadeusz Sawicz], Klawisz, Rekin, Marian [Szalewicz], Niewiara i ja siedzieliśmy między jaśminem, nastawiając pyski na południe i szczerząc zęby do słońca. A ono jak patelnia świecąca, przesunęło się coraz bliżej nad kasyno oficerskie, jakby chciało przypomnieć, że czas już na obiad. Telefon o kilka kroków od nas, brzęczy już od paru minut. Nikt się nie rusza, bo to kosztuje parę kropel potu. Wreszcie telefon milknie - zmęczył się. Możemy kontynuować spokojną dyskusję. Jesteśmy jednomyślni w sprawie wojny. " Dobrze by było żeby była ". To poprostu świństwo - nazywa się, nie powąchać prochu. " Ot, na przykład - ty Niewiara - na pewno kapralem umrzesz w łóżku pod pierzyną, jeśli Adolf rozmyśli się co do wojny i weźmie się za malarstwo pokojowe ". (Niewiara zginął jak bohater...)
   Słychać kroki na chodniku, osoby nie widać. Umilkliśmy. Okazało się, że osoba ta choć olbrzymem pewno nie jest, ale obsztorcować potrafi. - To Adaś K.[owalczyk] nasz wódz dyonu. Zdenerwował się, że nikt jego telefonu nie odbiera i przyszedł, by ożywić naszą pogawędkę. Rozmówka jest dość stereotypowa : - panie kapitanie zwracam uwagę..."Tak jest..." Wypowiedziawszy się dokładnie, Adaś udobruchał się. " Przyjdź do mojej kancelarii razem z Olkiem ".
   Julek po wyjściu dowódcy długo mamrotał, burzył się i ględził, że czas na obiad, że nie nadaję się do odprawy, ale dziwnie uspokoił się w chwili pukania do drzwi z napisem " Dowódca ". W pokoju stoi Baran [Wieńczysław Barański], d-ca " Puchaczy " i 7-miu młodych podchorążych, wyprężonych z czapkami w ręku, jak ilustracja do regulaminu cz. II. " Otóż proszę panów, - ci podchorążowie zostali przydzieleni do naszego dyonu przed promocją na podporuczników " objawia Adaś.
   Tadeusz SawiczDo eskadry " Jaskółek " idą podchorążowie : Włodzimierz M.[iksa] (Pies), Bogusław M.[ierzwa], Wróbel [Zbigniew Wróblewski], [Roman] Stoga , zaś do " Puchaczy " : [Stanisław] Zatorski, Jerzy R.[adomski] (Piękny Juruś), i M.[ieczysław] K.[aźmierczak] (Mucha). Adaś wali patryjotyczną mowę. - Jasno z niej wynika, że podchorążowie o niczym nie mają pojęcia, że nie mają myśleć, że nie umieją latać, że powinni być wylani po pierwszym roku. Więc chłopcy nieomal mają łzy w oczach, a łydki im trochę trzęsą się...
   Minęły czasy, których i ja już nie pamiętam, kiedy młodzież lotniczą najpierw zaprawiało się w restauracjach. Teraz, przed wojną, szkolenie " wstępniaków " odbywało się w przyspieszonym tempie. Biedne podchorążaki wisiały godzinami w powietrzu, ataki, walki powietrzne, akrobacja, nawigacja na " Lockheed'zie" (tak nazwaliśmy R.W.D.8), wypełniały cały dzień. A po kolacji - znowu loty zmrokowe i nocne. I znowu następny dzień rozpoczynano startami. Podchorążowie nabierają kolorów myśliwskich i wgryzają się w nasze eskadrowe życie. Heniek D.[udwał] szczególnie daje im szkołę. Ale umiał do nich podejść. Karcił jednego, drugiego zaś chwalił. Podniecał ich opowiadaniami i przygodami lotniczymi. Rozmawiał z nimi o pilotach dyonu : co ten wart, a co od tego warto się nauczyć. Pewnie, że żaden z nich nie był i nie jest aniołem, więc i życie ich było człowiecze - często ze śmiechem, nieraz z przekleństwem na ustach; czasem z nieukrytym smutkiem, lub niekiedy ze łzą tułacza. Jedno jest pewne : wszyscy byli żołnierzami. I to jest pewne, że stan moralny tych chłopców był taki, że dumni jesteśmy z nich. Z tych, co zginęli, i z tych, co żyją. Myślę, że dużo jest w tym zasługi Hipka [Dudwała]. Siedmiu ich było w naszym dywizjonie, - dziś doliczyć się mogę trzech. Pozostali zginęli, jak przystało na żołnierzy lotnictwa myśliwskiego - w powietrzu. Ciała tych kolegów spoczywają w Polsce, we Francji i w Anglii.
   Ranek pierwszego września 1939 roku. Stoimy w Poniatowie na północ od Warszawy. Samoloty ukryte w lesie. Namiot, gdzie urzęduję jako pisarczyk, jest między eskadrami na skraju zagajnika. Odbieram telefon - mówi sztab : " Niemcy przekroczyli granicę Państwa pod Działdowem o godz. 4.45 rano " - patrzę na zegarek - 6.35. Wychylam się z namiotu i krzyczę przez tubę : '' Piloci do maszyn - czekać na rozkaz startu ". Szukam Adasia i mówię o swoim zarządzeniu - akceptuje. Nie upłynęło pięć minut od pierwszej depeszy, a otrzymuję rozkaz : " Wszystkie samoloty dyonu - start." Nieprzyjacielskie samoloty zbliżają się w kierunku 11c ". Powtarzam przez tubę. Adaś aż podskakuje, oczy mu się zaiskrzyły. Łapie kominiarkę i pędzi jak szalony do swojego P. Dyon wykołowuje z ukrycia do startu trójkami. Pierwszy idzie w powietrze klucz alarmowy, trójka : Himek, pchr. Jurek R. i Kaźmierczak. Wszystko odbywa się sprawnie tak jak przy lotach treningowych na Okęciu. Serce się raduje. - Jerzy Radomski Mechanicy żegnają znakiem Krzyża każdy samolot. Przecież to na wojnę. Pierwszy raz ! Widzę, że trzy samoloty stoją niezapuszczone. Przypominam sobie, że Szczur pojechał z rozkazem do Warszawy i dlatego jego boczni podchor. Boguś i kpr. Niewiara karnie czekają na zapuszczenie prowadzącej maszyny. Decyduję się zabrać Jaskółkę N.4, po nadaniu depeszy do sztabu o starcie dywizjonu. Kulesza, mechanik czwórki aż poczerwieniał z radości, że i jego maszyna będzie miała chrzest. Ustawiają się skrzydełko przy skrzydełku. 
   Start jak na popisach. Ciągniemy w górę. Przecinamy cienką warstewkę porannej mgły, i do góry w kierunku na północ. Dochodzimy do wysokości 1.500 mtr. Wtem dostrzegam przed sobą 5 samolotów o jakieś 500 mtr. wyżej, idących w przeciwnym kierunku. Zdębiałem. Pierwszy raz w życiu widzę na samolotach czarne krzyże - może halucynacja ? Zadzieram samolot do góry i ciągnę świecą do krzyży. Widzę kątem oka, że moi boczni nie wytrzymują nerwowo małej szybkości i stopniowo odłączają. Odkładam poprawkę. Brrr... brrr...dwa ciórki biegną, świecąc, do Szkopów. Tu moja maszyna zadrżała. Bęc...i jestem w korkociągu. Oddaję drążek sterowy, daję przeciwną nogę. Korkociąg zahamowany, ściągam znowu, by nabrać natychmiast utraconą wysokość. Za wcześnie - znowu jestem w korkociągu - " Stary a głupi " - pomyślałem, strofując sam siebie, " zaczekaj aż samolot nabierze szybkości ".
   Wyprowadzam. Jakaś Jaskółka jest już przy mnie - to Niewiara. Rozglądam się i widzę w odległości niewielkiej pięć bomberów. Ciągniemy. Zbliżamy się. Rozpoznaję He. 111. Patrzę w dół - Modlin. Czym bliżej Warszawy tym więcej samolotów własnych na niebie. Dołącza do mnie trzecia maszyna - to Boguś. Wiedział gdzie iść, gałgan. Bliżej. Ciężko jakoś idzie to zbliżanie. Otwieram ogień. Jest blisko. Po moich skrzydłach przebiegły iskierki. Teraz dopiero widzę, że czerwono - żółte krople płyną od Niemca. - acha, to i on także strzela. Boguś widząc, że nie doczeka się kolejki do strzelania, a mając przed sobą Niewiarę, przesuwa się w prawo do następnego Heinkla. Dziwne widowisko -moje smugi pocisków dochodzą do bombowca i gasną w nim, w końcowej fazie dając dużą iskrę. Widzę tych ogników sporo. Wydaje mi się, że wszystko odbywa się bardzo powoli. Jak w zwolnionym filmie. Akcja ta ciągnie się, już chyba 10 minut. A przecież to niemożliwe -przecież mam jeszcze amunicję. Cały ten cyrk trwa dopiero od paru sekund.Włodzimierz Miksa  
   Wtem widzę, (a wydaje mi się, że słyszę) wybuch. Płomień i dym wydostaje się z lewego silnika Szkopa. Wydaje się, że jak gdyby ktoś ściągnął lejce, bo mój cel zostaje za szykiem. W parę sekund później, odrywają się dziwne przedmioty od podstrzelonego. To bomby ! Skręca w lewo w dół. Jest dziwnie powolny - już nie mam kłopotu z doganianiem. Widzę cały czas Niewiarę. Odchodzę lekko w lewo i obserwuję. Strzelec Heinkla ciągle się broni, po pewnym czasie jednak uspakaja się. Dochodzę znowu. Lufa karabinu na ogonie sterczy nieruchomo do góry - milczy. Zbliżam się jeszcze bardziej. Widzę strzelca, głowa oparta o prawą burtę.
   Pilot widocznie ma, nadzieję dolecieć do bazy, gdyż robi zakręt o 180 stopni i bierze kierunek na Prusy Wschodnie. Schodzimy za nim coraz niżej i niżej, Wyraźnie widzę ruch samochodowy na jakiejś szosie. Za chwilę idziemy lotem koszącym. Od pięciu minut zabrakło amunicji mnie i Niewiarze. 
   Duża polana ograniczona z trzech stron lasem zaś z czwartej szosą. Heinkel zmniejsza szybkość - nie mogę utrzymać się za nim. Rozumiem - zrezygnował z powrotu i zamierza siadać przed siebie na polanie. W ostatniej chwili, nie będąc wyżej jak 2 metry nad ziemią, zawadził lewym płatem o samotne drzewo. Kurzawa i dym. Podrywam swego P. Z. L.- a do góry. Rozglądam się. Lewy płat Heinkla urwany, drzewo także przewalone. Kadłub leży więcej jak o 90 stopni od kierunku podchodzenia do lądowania. Zaczynam krążyć. Wyciągam mapę, muszę bowiem zorientować się, gdzie jestem. Wiem, że jestem na północ od Bugo-Narwi. Wreszcie orientuję się, że jestem na południe od Ciechanowa. Zaznaczam paznokciem na mapie miejsce, gdzie leży samolot. Wracam. Znikła mgiełka poranna -tworzą się chmury. Jestem zadowolony. Ląduję na lotnisku. Podbiega Kulesza i stara, się przekrzyczeć szum silnika. " Startować - kierunek 16 ". Nie wyłączając silnika,, czekam parę minut, aż Struczak uzupełni mi amunicję. Znowu start. Widzę, że jakiś " Puhacz " startuje także. Po krótkiej chwili dołącza. Idziemy na Zielonkę.
   Przez niebo pruje jeden dymiący Niemiec, a pięć naszych myśliwców siedzi mu na ogonie. - Tu nie ma już co robić. Kręcę się 15 minut. Wtem po mojej lewej idzie w tym samym kierunku dwusilnikowiec. Pełen gaz - zbliżamy się, poznaję, że to nie Heinkel. Acha to Dornier - (zwany Bleischtift [ołówek]). Zobaczył nas - otwieram ogień. Coś dziwnego -bomber zaczyna pikować, ja za nim. Odległość między nami jakoś się nie zmniejszyła. Daję boosta i mimo to zostaję w tyle. 1000 mtr. 1500 mt. Zaczyna ginąć na tle ziemi. "To jakiś nowy samolot "- pomyślałem. Później okazało się, że tych nowych samolotów Niemcy mają więcej niż starych. Wracamy na lotnisko. Prawie wszystkie samoloty już lądowały, bo od pierwszego startu minęło już około 2 godzin. Kołując, widzę, że niektóre jedenastki jeszcze nie są wciągnięte w ukrycie. Kulesza daje znak " wyłączyć ". 
   Stanisław Szmejl"Panie poruczniku - pan także postrzelany ". Oglądam. - Tak. Mam parę przestrzeleń. Nie mam czasu grzebać się w samolocie, bo mechanicy obskakują i uzupełniają już benzynę i amunicję. Janusz i Racja, chodzą koło samolotów " Jaskółek ". - Liczą, cieszą się i, jak się mówi, zachęcają do szybszej roboty. Dowiaduję się, że brak Szmońki - nie wrócił. Przykro. Piloci zbierają się koło namiotu dowódcy. Gwar jak w chederze. Heniek [Stefankiewicz] i Jasio B. [Jan Borowski] z " Puhaczy" są najbardziej postrzelani, ale Gołąb i Badeł powiedzieli, że zrobią na wieczór. Każdy z pilotów ma moc wrażeń. Ju 52 - łatwo rozpoznać, gdyż Niemcy utrzymywali przed wojną stałą komunikację Berlin-Okęcie. Podchorąży Włodek Pies spotkał ich całą masę. Nie mógł się do nich dopchać, gdyż osłaniane były przez myśliwskie samoloty. Co się złożył do strzału, przepędzili go myśliwcy.
   Postrzelał sobie ostro do nich - nawet jeden dymił, ale rezultatu nie widział. Musiał się bardzo uwijać, tak zaczęli go Niemiaszki obrabiać ze wszystkich stron. Uciekł w chmurę, która go uratowała.
   Himek z pchr. Jurkiem R. spotkali kilka Ju 86. Himek zrąbał jednego, Jurek strzelał, ale nie miał szczęścia widzieć rezultatu. Rozdzielili się po walce. Himkowi tak porąbali samolot, że dziw jak takie coś trzymało się w powietrzu. Wpadł w rojowisko Messerschmittów, które dały my takiego bobu, że ledwo wrócił. Jurek R. opowiada o wrażeniu spotkania :
   " Zobaczyliśmy żóraw dwusilnikowych samolotów. Krzyczę przez radio do Himka : " Niemcy ". - A Himek : " Nie bądź durny, to Łosie ". (Wszyscy śmiejemy się teraz z tych " Łosi ", ale okazuje się, że nie było pilota któryby tak nie myślał).
   Tak sobie gadamy i gadamy. Wtem kpr. H. chwieje się i buch na ziemię jak długi. - " Z wrażenia " - mówi Mucha. Doktor łapie chłopaka do sanitarki. Po chwili wraca : " Panowie on jest ranny w plecy. Pocisk siedzi wewnątrz. Mieliście rację mówiąc, że z wrażenia nie zemdlał w powietrzu, bo nie czuł. Mówię wam, to jest twardy chłop ". Z namiotu pędzi śmiejący się Szumiec [Tadeusz Szumowski] i wrzeszczy z daleka :-" Szmońka [Stanisław Szmejl] jest w porządku. Przymusowo lądował koło Wyszkowa - tylko silnik postrzelony ". Z rozkazu Julka Szumiec zabiera " Lockheed 'a " i leci po Szmońkę. Pierwsza walka nie przyniosła nam strat w pilotach. Jesteśmy wszyscy dobrej myśli, bo przychodzą meldunki, że rano żaden nieprzyjacielski samolot nie przedostał się nad stolicę. Nasz dyon sprał paru Niemców, a dyon Zdzicha Knota [Krasnodębskiego] nie pozostaje w tyle. Dowiadujemy się, że Paluch od Zdzicha poszedł do szpitala. Jest ostro ranny. Wszyscy piloci obu dyonów strzelali. Południe mija spokojnie, tylko od czasu do czasu klucz alarmowy startuje. Szczurek jest w alarmie, bo koniecznie chce odbić poranną nieobecność. 
   Około godz. 5-tej. wrócili Szmońka i Szumiec na rowerach, gdyż R. W.-dziaka rozbili przy starcie. Opowiada jak go Niemiaszki dostali. Postrzelili mu zbiornik oleju. Zatarł się silnik. Płatowiec postrzelany lekko, tylko silnik zmienić i O.K. jak mówią Amerykanie. Zbliża się wieczór. Telefon : " Duży nalot na Warszawę. Kierunek 11c ". Samoloty startują jeden po drugim. Zostają dwa " Puhacze ", które były rano uszkodzone i parę " Krakowiaczków ". Mechanicy bez przerwy grzebią, się przy nich. Żartują na ziemi. Początkowo spokój. Nasi nabierają wysokość na Warszawę. Zniknęli z oczu. Słychać tylko mamrotanie - tak jak gdyby stały odgłos grzmotów. Patrzę w kierunku na północ - na Prusy. Już widzę. Chmura samolotów przesuwa się od Modlina. Idzie wyprawa za wyprawą : Heinkle, Junkersy, Dorniery. Idą i idą - końca nie widać. Wtem z przeciwnego kierunku małe punkciki. Rosną w oczach. To nasi. Atakują z przewagą wysokości i z przodu.
   Słychać strzały. Po pewnej chwili widać już parę spadochronów, a niżej palące się maszyny idą do ziemi. SłAndrzej Niewiara ychać jak wyją. Widok zaiste niesamowity. Wszystko odbywa się na wysokości 1500 mtr. nad lotniskiem. Z powodu braku amunicji ląduje Kpt. B.[ielecki] Pamiętam " Jaskółka No. 8 " (Rajca nawet dziś powie, który numer fabryczny). Struczak ze swoimi w trzy minuty uzupełnia " ósemkę ". Dostaję od Adasia pozwolenie na start. Niedługo byłem, może 20 minut w powietrzu i zostałem zestrzelony. Jeszcze dziś nie mogę sobie darować, że nie patrzałem na swój ogon.
   Po wylądowaniu na spadochronie byłem tak zdenerwowany, że trząsłem się. Zwinąłem spadochron i idę w ogólnym kierunku na lotnisko. " Dzięki Ci Boże, za ocalenie " - jestem w stanie powtarzać tylko te słowa. W głowie się kręci, czuję, że słabnę. Idę - widzę słońce, które staje się pomarańczowe. Nie mogę zebrać myśli. Przeżywam jeszcze raz. Wstyd, złość i strach - wszystko razem. "Jak mogłem tak się zagapić, żeby ten Szkop wlazł mi na ogon". Potem dochodzę do świadomości, - ból nóg i rąk, - spostrzegam, że jestem popalony. Słabo mi. Pocieram twarz ręką - coś rozmazałem na twarzy, która zaczyna szczypać. Oho to i pysk osmaliło. Człapię polną drogą między kartofliskiem. W polu nie daleko drogi widzę kobietę i chłopa z motyką. Podchodzę do nich i pytam o drogę na lotnisko. - " Panoczku to panoczek leciał na tym balonie ", - pyta niewiasta " Panoczku, Panoczek jest popalony, o Jezu, Jezu - i bomble na buzi powyskakiwały, a Panoczek taki młody ". Pada na kolana i głośno modli się - " Boże ratuj naszą Ojczyznę i uchowaj przy zdrowiu nasze wojsko ". Chłop łapie mnie za ręce i całuje. Łzy ciekną mu po zoranej twarzy. "Panoczku ja pierwszy raz w życiu widzę z bliska polskiego lotnika - uchowaj cię Boże od nieszczęść, a daj ci zwyciężać. Amen". Żegna mnie znakiem Krzyża. Nie mogę wytrzymać dłużej -płaczę i ja.
   Tę scenę pamiętam dokładnie, bardzo dokładnie i pewnie nie zapomnę jej nigdy. Dochodzę do toru kolejowego - za torem lotnisko. Widzę już samoloty. Jeden z nich rozbity na skraju lotniska -obsługa kręci się przy nim. Między torem i lasem stoi grupka ludzi i samochód sanitarny. Podchodzę. Na rozłożonej na ziemi skórze lotniczej leży człowiek, a właściwie : były człowiek. Ręce czarne, wydają się zwęglone, twarz też czarna, zostały tylko białe ślady od okularów. Ubranie skrwawione. 
   Tadeusz SzumowskiPytam się - " kto to ? " - Felek Sz.[yszka] zestrzelony w płomieniach. Wyskoczył a Niemiec obrabiał go w powietrzu, gdy wisiał na spadochronie. Czternaście ran. Rycerski herrenvolk - psia ich mać ! -myślę. Wieczór - dwór Poniatów. Na stole w jadalni leży Felek Sz. nagi, a doktor wyjmuje ze skrwawionych ran odłamki -chłop jęczy i coś mamrocze. Pod ścianą na czterech zestawionych krzesłach leży kpr. H.[orn] - Postrzał w plecy, czeka swojej kolejki na zmianę opatrunku, gdyż pierwszy opatrunek przekrwawił się. W drzwiach stoi Jurek R. z obwiązaną łapą. Podobno mam mocne nerwy, ale nie jestem wstanie zapomnieć tego widoku. Wieczorem staramy się zrobić w przy. bliżeniu bilans 1-go dnia wojny. W powietrzu była ogromna robota. Pamuła, Gucio, Felek - popaleni. Stefan O. d-ca " Krakowiaków "-zabici.
   Zestrzeleń jednak mamy sporo. Stojąc w dzwiach jadalni, opowiada mi Jurek R. przyciszonym głosem swoje przygody. Wpadł w rojowisko bombowców. Strzelał na lewo i prawo, ale skutku nie mógł dostrzec. Patrzy, aż tu obok niego sunie jakaś awionetka, tylko, że z czarnymi krzyżami. - I wtem, mówi, przyszła do głowy taka głupia myśl. - " Czy to wypada strzelać nawet w czasie wojny do awionetek ". Awionetka okazała się bardzo szybka - zrobiła skręt i skierowała się na Jurka, a z silnika idą iskry. -" Samolot mój aż dostał czkawki ze śmiechu " - mówi Jurek. "Takie małe parszywstwo, a strzela. I wiesz - dostał mnie - mam w lewym płacie 40 przestrzeeń, a z działka dostałem po łapie i po kadłubie. Patrzę, a tu tych awionetek coraz więcej. Jedna podlazła mi pod celownik. Buch.. .i pali się. - Ale mówię ci, to był " fajerwerk ". Po wylądowaniu, mówię Julkowi, że zrąbałem awionetkę, ale nie moja wina bo Niemiec zaczął. Julek słucha mojego opisu awionetki i uśmiecha się. "Człowieku to był Messerschmitt 109 ".
   
   Aleksander K. Gabszewicz.