Pniak
J.Mierzejewski, Skrzydła Nr 128/614
Nie mógł inaczej się nazywać. Pasował do nazwiska, jak ulał. A ono jemu: jednozgłoskowe, proste, sugestywne. Jasne, nie wymagające rodowodu. Jak on sarn. Twardy, silny, z grubsza ciosany, mile rubaszny. Wrośnięty korzeniami w twarda śląska ziemię.
Tam się urodził, tam był radnym miejskim, tam umarł, tam leży. Przed pięćdziesięcioma hity stamtąd wyszedł, po szerokim niebie chcąc latać. Na Rakowicach, w gnieździe orląt krakowskich
wyszkolił się w lotniczym rzemiośle. Nad Krakowem doprowadził kunszt latania do zadziwiającej perfekcji. I odtąd wyżywał się i wzbudzał podziw, jako członek zespołu akrobacyjnego na Aviach jeszcze precyzją swego latania, dyscypliną powietrzną, fantastycznym zgraniem w trójce, zuchwałym kuszeniem losu ...
A potem przyszła wojna. Walczył nad Polską, walczył w Bitwie u Wielką Brytanie, walczył nad piaskami Tunezji, na niebie Francji, Belgii, Holandii, Niemiec. Zaczął swą wojnę w Polsce, l września, na jedenastce skończył, dowodząc 308 Krakowskim Dywizjonem, w ostatnim locie bojowym dywizjonu.
W ubiegłych trzydziestu latach liczni autorów lotniczy dość dużo pisali o Pniaku. Arct, Forrester, Król, Rolski, Schiele, Skalski. Wiemy, jakim był pilotem, ile miał zestrzeleń, jakie odniósł sukcesy.
Teraz chciałbym powiedzieć nieco o jego roli, jako ogniwie łączącym okres rozwoju polskiego lotnictwa od wczesnych lat trzydziestych z latami wojny.
Pniak objął dowództwo 508 dywizjonu w listopadzie 44 roku, na lotnisku w Gandawie. Personel latający dywizjonu był wtedy bardzo mieszany. Obok doświadczonych pilotów, za-hartowanych paroletnim lataniem operacyjnym, wielu członków dywizjonu było bardzo .."zielonych". Należeli do najmłodszego narybku; choć byli lepiej wyszkoleni od wielu poprzedników z czasów Bitwy o Wielką Brytanię, brakło im jednak zaprawy bojowej i otrzaskania operacyjnego.
Kariera lotnicza Pniaka uległa opóźnieniu u skutek zbyt długiego okresu podoficerskiego; przybył do Anglii mając trzydzieści lat, jako doskonały myśliwiec, z kilkoma już zestrze-leniami w kampanii wrześniowej wciąż jednak jeszcze w randze podchorążego. I tak, od poprzedniego dowódcy, Witolda Retingera, był o przeszło osiem lat starszy, a od wielu pilotów ponad dziesięć. W myśliwskim lataniu operacyjnym była to bardzo poważna różnica wieku; wielu doskonałych pilotów przypłaciło ją życiem.
Pniak nic sobie z tego nie robił; był
silny, zdrowy, entuzjastyczny, emocjonujący się każdym lotem, zafascynowany
współpracą z ziemią przy wypieraniu Niemców poza Ren. Dla pilotów dywizjonu, tak
starszych, zmęczonych już wojną, jak i tych najmłodszych, był nieocenionym
przywódca. Był ogniwem łączącym rutynę twardej szkoły przedwojennej ze
zmieniającymi się ciągle wymaganiami nowoczesnej wojny powietrznej. Swą
przeszłością i doświadczeniem wzbudzał zaufanie, uczył przykładem. A jego
stosunek do młodych, naturalny sposób bycia, swoboda obejścia i kompletna
szczerość bardzo dodatnio wpływały na klimat psychiczny pilotów. Pniak, po
prostu przez bycie sobą, wzniecał zapał i stwarzał atmosferę wielkiej przygody,
niebezpiecznej, ale pełnej napięcia gry o wysoką stawkę, która wierzyli z nim
musi się skończyć wygraną!
Legitymując się skromnym pochodzeniem w hierarchii lotniczej i będąc tak
wspaniale bezpośrednim człowiekiem, nie silił się na żadną, poze, nie myślał o karierze, nie dbał
o prestiż. To samo przychodziło. Nigdy z nim nie mówiłem o tym, ale wydaje mi się,
że istotę swego dowodzenia tak rozumiał: w lataniu wysoka kompetencja, śmiałość manewru, jasność decyzji; na ziemi - naturalność, wyrozumiałość, dobra rada, zupełna równość koleżeńska, prostota i bezpośredniość.
Zwymyślałby mnie chyba przeczytawszy, co tutaj napiszę. Ale utkwiła mi w pamięci taka myśl gdzieś, kiedyś przeczytana: szczerość, głęboka i naturalna szczerość, prawdziwość postawy jest kardynalną cechą bohaterów jakiegokolwiek typu. Można by tę myśl rozwinąć, przeanalizować znaczenie "szczerości" w tym kontekście... Ja się zadowolę stwierdzeniem, że szczerość intencji Pniaka, uczciwość pojmowania obowiązków, lojalność koleżeńska były zaletami ducha na nieprzeciętna skalę. Czy był bohaterem? Osiągnął szczytowe opanowanie rzemiosła lotniczego, dał liczne dowody odwagi posuniętej do zuchwalstwa i podziwu godnej brawury, Więc, co bohater? Nie dla niego ten tytuł! On był Pniakiem z Trójki Bajana, on poderwał do lotu swą Jedenastkę, gdy syreny zawyły l września i trzepnął po iskrownikach Spitfajera w maju 1945 roku na lotnisku Luftwaffe. Bohaterów było dużo Pniak jeden. Dużo listów wymieniliśmy w powojennych latach. Leżą tu przede mną i opowiadają o jego życiu. Jakże różnym od tego, które było jego udziałem poprzez lata lotniczej młodości aż do końca wojny. Jego przysłowiowo żelazny organizm zawalił się dwadzieścia lat temu. Jestem rencistą pisał. Warunki życia i bytu wszystko uległo zmianie. Tylko człowiek pozostał ten sam: prostolinijny, lojalny, skromny, szczery. Utrzymywał żywy kontakt z licznymi przyjaciółmi w Polsce i rozproszonymi po całym świecie. Odwiedzali go, przyjeżdżając ze Stanów, z Kanady, z Anglii. Cieszył się tymi wizytami, radował sukcesem i szczęściem drugich. "Gdybym miał inny charakter, byłoby mi lepiej, a może i bardzo dobrze; ale mam tę wrażliwą naturę i z tym mi źle. Chciałbym widzieć każdego szczęśliwym, a to się nie
da".. . Mówił o Arctcie i jego książkach "w których przesadnie nawet akcentuje się moje zasługi, co jest raczej dla mnie krępujące"
Ze zrozumiałą przyjemnością, ale i zakłopotaniem, wspominał "Blisko Nieba'' Schiele'go, który mu posłał egzemplarz z taką dedykacją: "Bądź tak wyrozumiały dla tych wspomnień, jak byłeś niegdyś dla Piskląt 308. Swemu Dowódcy Tadeusz'.
Tylko dwa razy udało nam się spotkać w Polsce. Obie wizyty były dla mnie źródłem dużej radości. Za drugim razem odwiedziliśmy Karola w Szczakowej, z całą rodziną. Było ogromnie miło.
A potem już rozmawialiśmy tylko listownie. I to stopniowo się urwało.
Dwa razy żegnałem Karola. Raz, na wesoło, gdy odchodził z dywizjonu. Balladą, o której dwadzieścia lat później napisał mi, że jest mu drogą pamiątką, a której zakończenie tak brzmiało:
Lecz wezmę ja sznapsa czy dwa, siądę gdzieś sobie w krzaku, wypiję raz, na cały gaz, z żalu po starym Pniaku . . . Drugie pożegnanie, w grudniu 1980 roku, gdy dowiedziałem się o śmierci Karola. Wziąłem samolot i w powietrzu dużo myślałem o nim, wspaniałym Myśliwcu, surowym dla siebie a dla innych dobrym człowieku. W książce lotów, w rubryce "naturę of flight' napisałem: Karol Pniak.