Z wywiadu...(sierpień 2002, Wrocław)

Emil Landsman
1942 rok w Northolt. Piloci, na służbie (readiness), gotowi do natychmiastowego startu. Od lewej: F/O Zygmunt Jeliński, F/Lt Sergiusz Szpakowicz, F/Lt Emil Landsman i F/Lt Edmund Krzeminski(opala się, nie jest na służbie)

   19 sierpnia 1942 roku 306 dywizjon, tak jak i całe lotnictwo myśliwskie PSP, brało udział w walkach nad Dieppe. Po godzinie szesnastej dywizjon, wraz z całym 1 Polskim Skrzydłem dotarł nad konwój. Dywizjon 306 patrolował nad chmurami. Dostrzeżono kilka FW190, ale walki nie udało się nawiązać. Zauważono jedynie Spitfire'a, podążającego za dwoma FW190. Być może był to Emil Landsman. Potem słuch po nim zaginął. Poniżej opowieść pilota o tym locie i jego perturbacjach:

   Poleciałem w czwórce, którą prowadził Jeka. Zadaniem naszym była osłona powracających znad Dieppe okrętów. Była ładna pogoda. Jeka poszedł w prawo i w dół, w stronę Francji. Leciałęm po jego lewej stronie. Przelecieliśmy na koniec konwoju i zawróciliśmy. Zobaczyłem niedaleko chmurkę. Pomyślałem sobie, że tam będzie ukryty Niemiec. Pomachałem Jece skrzydłami, on mi kiwnął głową, że OK. Czwórka zawróciła, a ja lecę wzdłuż tej chmurki. I rzeczywiście wyleciał z niej Niemiec. Szedł piką w dół. Był na jakichś dwóch tysiącach. Z boku ode mnie. Pomyślałem, że jest trochę za daleko, by do niego strzelać. Mimo tego otworzyłem ogień. Oddałem krótką serię. Niemiec wyciągnął i poszedł świecą w górę. Obserwowałem go. Wiedziałem, że go nie trafiłem. I w tym momencie, ja dostałem. Przewróciłem samolot na plecy, w tył zwrot i pod Niemca. Zacząłem nawoływać: May Day, May Day. Nie słyszałem siebie w radiu. Radio nie działało. Deska pokładowa rozbita. Na szczęście stalowa płyta pancerna za moimi plecami wytrzymała i uratowała mi życie. Silnik zaczął przerywać. Byłem na jakichś dwóch tysiącach. Pociągnąłem za rączkę od "budy", a tu nic, tylko się trochę uchyliła. Przewróciłem samolot na plecy i w końcu udało mi się wypchnąć osłonę kabiny. Odpiąłem pasy i wyleciałem z samolotu. Otworzyłem spadochron. Przed uderzeniem w wodę pamiętałem, aby odciąć linki spadochronu, by mnie nie pociągnął za sobą. Gdy wpadłem w wodę otworzyłem butlę z gazem i napompowałem "maywestkę". Później to samo udało mi się zrobić z "dinghy". Wszedłem do środka i zacząłęm wiosłować w stronę Anglii. Wyczerpany pod wieczór zasnąłem. W nocy, po przebudzeniu, słyszę jakby dzwięk lokomotywy. Pomyślałem sobie, że to może konwój angielski, albo Niemcy. Założyłem łopatki na ręce i zacząłem wiosłować. Dzwięk dochodził do mnie z lewej strony. Patrzę w tamtą stronę, słyszę chlup wody. Nagle przede mną zauważyłem nos łodzi. Przycumowałem się do prawej burty. Łódź zatrzymywała się. Patrzę stoi gość i ja się go pytam:
- Angielska łódź ?
- Tak - odpowiada mi - Chodź ja Ci podam rękę.
Przeszedł przez barierę i podał mi nogę. Gdy chwyciłem za nogę, rozpoznałem na niej niemieckiego buta.
- To wy Niemcy - powiedziałem.
- Tak - usłyszałem odpowiedź, po angielsku.
Okazało się później, że ów Niemiec przed wojną pracował w Southampton. Chciałem wysiąść, ale nie mogłem się podnieść. Godzina była gdzieś koło pierwszej w nocy. Niemiec zawołał drugiej żołnierza, wzięli mnie pod ręce i przenieśli przez barierę. Przyszedł oficer, a tamten drugi szeregowiec włożył mi pistolet pod łopatki. Zwróciłem się do tego, który znał angielski, by zabrał broń, bo ja jestem bezbronny. Podczas skoku, pistolet musiał wylecieć mi z buta. Oficer pyta się mnie:
- Kto pan jest. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: porucznik Landsman, numer ten i ten. Zapytałem czy mogą dać mi się w coś przebrać. Przynieśli mi jeden kocyk, okryłem się nim i zmęczony zasnąłem.