Niepublikowane wspomnienia polskich pilotów myśliwskich.

Materiał ten pochodzi ze zbiorów syna mjr. pil. Karola Pniaka i jest on korespondencją otrzymaną najprawdopodobniej od Stanisława Bochniaka. Na marginesie istnieje zapis: Przesyłam Ci kopie twojego wspomnienia, które trochę wygładziłem. List wysłałem ...[nieczytelne]. Cześć ... [podpis nieczytelny]
Dziękuję Rafałowi Guzikowi za udostępnienie materiałów - GS.

Autor wspomnień    Po przybyciu do Anglii, po krótkim kilkumiesięcznym odpoczynku i jeszcze krótszym przeszkoleniu na samolotach brytyjskich,, zostałem przydzielony do 32 dywizjonu myśliwskiego angielskiego, stacjonującego wówczas na jednym z podlondyńskich lotnisk Biggin Hill. Razem ze mną wysłani tam zostali dwaj inni Polacy, podporucznik Pfeifer i podporucznik Własnowolski.
   Był to czas, gdy Niemcy rozpoczęli powietrzną ofensywę na Londyn, właśnie wtedy zaczęła się krótka historia mojego 32 dywizjonu i mojej w nim pracy. Po kilku kontrolnych lotach grupowych wcielono nas do dywizjonu jako pilotów operacyjnych, a potem wstawiono nas w skład bojowy dywizjonu. Przydzielony byłem do pierwszej trójki dowódcy dywizjonu.
   Jest dzień 6 sierpnia, a pierwsze loty to nieprzyjemne uwagi dowódcy odnośnie mojego trzymania się w kluczu. Trzymam się daleko, co według ich sposobu latania psuje wygląd szyku.
   Jako pilot miałem już wówczas dziesięć lat doświadczenia, raczej wysoki poziom wyszkolenia, oraz kampanię wrześniową, w której wykonałem trzydzieści lotów operacyjnych i bojowych. [nieczytelne] też nie mogłem zgodzić się z uwagami Anglików, a w mej słabej wówczas angielszczyźnie tłumaczyłem im, że ich sposób latania był z gruntu zły i szkodliwy. Sposób ten polegał na lotach w zwartej formacji, trójka za trójką. Numer drugi ostatniej trójki ubezpieczał całą formacje od tyłu. Cały ciężar obserwacji pozostawiony więc był tylko dowódcy i pilotowi ubezpieczającemu. Jest rzeczą zrozumiałą, że co może zaobserwować dwanaście par oczu, tego często nie dojrzą dwie pary. W dodatku w początkach latania wyznaczano na pilotów ubezpieczających ludzi młodych, którzy po ukończeniu szkoły, jako surowy materiał, byli przydzielani do jednostki bojowej. Nie uszło też mojej uwagi, że ci młodzi piloci zamiast ubezpieczać formację, kręcili sobie daleko za dywizjonem akrobacje.
   Nie długo czekałem na potwierdzenie w praktyce moich spostrzeżeń i moich uwag. Przez kilka dni z rzędu wracamy z lotu bez pilota ubezpieczającego. Nieprzyjaciela nie widzieliśmy, mimo że stacja naziemna ostrzegała o sąsiedztwie Niemców. W kilku wypadkach ostrzegałem o wiszących nad nami przeciwnikach, interwencje jednak nie zawsze były skuteczne, gdyż odległość była za duża. Nim zdążyliśmy dolecieć, Niemcy już załatwiali się z ofiarą.
   W dniu 12 sierpnia w locie patrolowym Calais-Dover w spotkaniu z dość silną formacją nieprzyjacielską (około 40 bombowców i ponad 20 myśliwców), tracimy całą ostatnią trójkę. Nieprzyjaciela spostrzeżono już za późno, w chwili obrabiał nieszczęsnych "wavers" (angielska nazwa pilotów ubezpieczających). W następnych kilku lotach tracimy sześciu pilotów. Wszyscy "wavers". W prawie wszystkich wypadkach ostrzegałem o atakującym nieprzyjacielu.
   Interwencje były jednak spóźnione. Moje uwagi wciąż nie odnosiły skutku. Wprawdzie zaprzestano złośliwych uwag w stosunku do mnie i do moich kolegów, odnośnie naszego sposobu trzymania się w formacji, niemniej Anglicy nie zrezygnowali ze swych metod - trudni byli do przekonania. Trudno było Anglików przekonać!
   Nic więc dziwnego, że trzeba było ponieść wiele niepotrzebnych ofiar, zanim zdołaliśmy im przemówić do rozsądku. Straty rosły. Uzupełnienie dywizjonu w pilotów malało. W dniu 24 sierpnia startujemy na alarm z wysuniętego lotniska w Manston, w pobliżu Dover, na patrol Dover-Calais. Był to już czwarty lot tego dnia. Rezultat ogólny: zestrzeliliśmy cztery maszyny nieprzyjaciela, straty własne wyniosły sześciu pilotów, z tego ranny Irlandczyk ląduje przymusowo, a następnie odchodzi do szpitala, ja zaś zestrzelony skaczę z palącej maszyny. Na skutek podziurawienia spadochronu ląduje na nim bardzo ciężko i w rezultacie również idę do szpitala.
   Po powrocie do dywizjonu w dniu 7 września dowiaduję się, że w dniu tym powróciły tylko trzy maszyny na ogólną ilość dwunastu startujących. Dywizjon otrzymał rozkaz przeniesienia do Newcastle w Szkocji dla odpoczynku i reorganizacji. Tak oto w przeciągu trzech tygodni dywizjon nr 32 zakończył swój bohaterski, ale bardzo trudny żywot w Bitwie o Wielką Brytanię.
   Wysiłki moje, alianta-cudzoziemca, nie poszły jednak na marne. Rozważania nad popełnionymi błędami w czasie odpoczynku odniosły skutek. Nie czekałem jednak, aż dywizjon wróci do działań bojowych. Na własną prośbę zarówno ja, jak i obaj pozostali Polacy zostaliśmy przeniesieni do brytyjskiego dywizjonu nr 257, stacjonującego w Martlesham, a wiec na obszarze objętym najintensywniejszą walką.
   Wkrótce całe lotnictwo myśliwskie przyjęło taktykę walki Polaków, polegającą wtedy na lotach trójkami luźnie rozstawionymi w ławę, a później na system dwójkowy ławą. System ten dał wspaniałe rezultaty, wyniki polskich dywizjonów były najlepszym tego świadectwem. 
   

Powrót